Aleja Baobabów

Aleja Baobabów znajduje się kilkadziesiąt minut jazdy od Morondavy. Aby tam dotrzeć trzeba zjechać z utwardzonej drogi i od tej pory zaufać kierowcy, że zna się na swoim fachu, bo droga do przyjemnych dla żołądka nie należy.

Mglisty poranek

W Alei Baobabów byliśmy dwa razy. W drodze do Tsingy de Bemaraha oraz wracając stamtąd. Obydwie wizyty były zupełnie inne, o różnych porach dnia. Odebrałem to niemal jak dwa różne miejsca. Z Morondavy wyjechaliśmy około 4-tej nad ranem, aby w Alei znaleźć się przed wschodem słońca. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, okazało się, że całą okolicę spowija gęsta mgła. Fakt ten, w połączeniu z łuną wstającego zza horyzontu słońca, dał niesamowity efekt wizualny, który możecie oglądać na załączonych obrazkach. Gra kolorów na tych ogromnych drzewach zrobiła na nas spore wrażenie. W miarę upływu czasu, z minuty na minutę robiło się coraz jaśniej. Mgła zaczęła się rozpraszać, co przenosiło nas stopniowo do realnego świata.

Realia

Wysiadając z samochodu zobaczyliśmy, że nie jest to miejsce całkiem odosobnione. Pośród baobabów w oddali znajdowało się kilkanaście tradycyjnych domków lub szałasów, jakie budują Malgasze po tej stronie wyspy. Ponieważ na przestrzeni ostatnich lat miejsce staje się coraz bardziej turystyczne, lokalna ludność odpowiednio zareagowała i zaczęła stawiać przy drodze stragany z jedzeniem oraz upominkami. Nie wpływa to raczej pozytywnie na krajobraz, ale też trzeba mieć na uwadze, że w końcu to nasza obecność i kupowanie wszystkiego przyczyniły się do rozkwitu obecnego stanu rzeczy. Najgorsze jest to, że lokalsi nie widzą w nas ludzi tylko głupków sypiących pieniędzmi z portfela. Najlepszym przykładem są…

Dzieci

Już wcześniej oczywiście byliśmy regularnie zaczepiani przez Malgaszy w rozmaitych celach i na różne sposoby, głównie po to, żeby w jakiś sposób wyciągnąć od nas pieniądze. To, czego doświadczyliśmy tutaj, trochę nas jednak początkowo zbiło z tropu. Podeszło do nas dziecko z kameleonem na patyku i zaczęło nam go pokazywać. Chłopczyk wyglądał tak niewinnie, jak to tylko możliwe, jakby chciał się nam pochwalić „patrzcie, jakiego kameleona znalazłem!” My łyknęliśmy to, jak młode pelikany i zaczęliśmy robić mu zdjęcia, pozwolił nam nawet zdjąć tego kameleona i położyć sobie na ręce. Jako że były to nasze początki na Madagaskarze, uważaliśmy się za super szczęściarzy. Łał, kameleon na ręce! Między sobą zdecydowaliśmy, że koleżka jest taki super, więc damy mu czekoladę, tak sami z siebie. W tym momencie chłopak uznał, że dosyć tej maskarady, dajcie coś ludzie i wyciągnął rękę z niezadowoleniem na twarzy. No, dobra, daliśmy mu tę czekoladę i jeszcze 200 ariarów (jakoś 25 gr), bo akurat tyle miałem w kieszeni.

Sposób w jaki wyciągnął rękę po pieniądze był tak rutynowy i ograny, że od razu straciliśmy poczucie, że zrobiliśmy dobrze. Później okazało się, że słusznie, bo w okolicy polowała na turystów cała mafia kameleonowa. Dzieciaki po prostu chodziły po okolicy, dosłownie zdzierały z drzew kameleony i pokazywały je turystom, którzy od niechcenia rzucali im po parę groszy albo jakieś słodkości. Poczuliśmy się strasznie. Daliśmy się nabrać, jakby to był nasz pierwszy raz za granicą. Serce pękało, kiedy widzieliśmy, w jaki sposób dzieci obchodzą się z gadami, wymachując nimi, rzucając i targając za ogony. Poczuliśmy wstręt do samych siebie – aktywnie przyczyniliśmy się do takiego stanu rzeczy. Teraz, kiedy to wiemy, możemy jedynie ostrzec innych – nie dajcie się nabrać. Mieliśmy trochę żal do innych podróżników, że nikt nas przed tym nie ostrzegł. Bo po biednym chłopcu z maślanymi oczami, który jest filigranowy i wzbudza zaufanie niewinnym uśmiechem, nie spodziewasz się chciwości i wybuchu agresji, kiedy nie dostanie pieniędzy. Ale najbardziej szkoda zwierząt…

Doświadczyliśmy prawdziwej natury tych dzieciaków podczas naszego drugiego pobytu w Alei Baobabów, kiedy wracaliśmy z Tsingy. Ola w pewnym momencie podeszła do drzewa, na którym siedział dość spory kameleon, z zamiarem zrobienia mu zdjęcia. Pod drzewem siedziała grupka dzieci. Kiedy podeszła, w dzieci (szczególnie w jednego chłopaka) wstąpił chyba jakiś malgaski demon. Zaczął skakać, krzyczeć, machać rękami i zasłaniać kameleona. Ale krzyczał tak, że myślałem przez chwilę, że uderzy Olę albo zrobi coś równie głupiego. Biegł później za nami, wrzeszcząc i zaczepiając – żądał pieniędzy. Żądał. Tak bardzo nie mógł się pogodzić z faktem, że nie dostanie zapłaty za udostępnienie tego biednego zwierzęcia białym, bogatym turystom.

Baobaby

Wracając jednak do meritum, same baobaby robią piorunujące wrażenie, szczególnie jeśli nie widziało się żadnego przedtem w naturalnym środowisku. Z daleka, z okna samochodu, faktycznie wyglądają ciekawie i przykuwają wzrok, ale dopiero stając obok takiego drzewa można naprawdę dostrzec jego rozmiary. Sama Aleja to po prostu kawałek drogi, przy której brzegach rośnie kilkanaście, może powyżej dwudziestu 30-metrowych baobabów w niewielkiej odległości od siebie. To jednak nie wszystko, wokół tego miejsca rozciąga się sawanna, cała usiana tymi drzewami. Aleja to dzieło natury, pozostałość po gęstym lesie. Jej wiek określa się na ok. 800 lat. Baobaby obok sekwoi to najbardziej długowieczne rośliny na Ziemi, a najstarszy Big Baobab z RPA datuje się na 5 tysięcy lat! Drzewa potrafią magazynować w swoich pniach nawet kilkadziesiąt tysięcy litrów wody!

Madagaskar może się pochwalić największą różnorodnością tych majestatycznych drzew. Spośród 8 znanych gatunków, aż 6 występuje na wyspie. Malgaska legenda mówi, że baobab rozrastał się tak mocno, że zabierał innym drzewom dostęp do światła. Bóg postanowił temu zaradzić, wyrwał więc drzewo i posadził korzeniami do góry. Na Czerwonej Wyspie powszechne jest spożywanie soku z baobabów. Jada się również nasiona i liście, a kora ma liczne zastosowania lecznicze oraz przemysłowe – wyrabia się z niej m.in. kosze. W wielu miejscach Madagaskaru, można spotkać święte drzewa. Jest to zazwyczaj największy i najstarszy baobab w okolicy, ze średnicą pnia nierzadko przekraczającą kilkanaście metrów. Ogradza się je drewnianym płotem i składa pod nim podarunki lub ofiary dla przodków (nie bogów). Pod takie drzewo zazwyczaj nie można podejść w butach. Należy je zdjąć przy ogrodzeniu.

Wiele baobabów, właściwie to chyba wszystkie w Alei, stało się ofiarami turystycznych wandali. Do dwóch metrów nad ziemią wszystkie poorane są datami, imionami, pozdrowieniami od odwiedzających to miejsce. Szkoda, bo dużo bardziej wolałbym obejrzeć nienaruszone drzewa, których nikt nie tnie dla swojego widzimisię. Na szczęście baobaby to twardzi zawodnicy i byle turysta z kozikiem nie jest im w stanie zagrozić. Przetrwały setki lat na tym miejscu, pożary i – jak do tej pory – również naszą ekspansywną ludzką naturę. Mimo wszystko czułem się tam jak w pocztówce.

Powrót

Aleja Baobabów znajduje się przy drodze do Tsingy, więc siłą rzeczy po kilku dniach musieliśmy tamtędy również wracać. Miejscowi, którzy załatwiają auta i kierowców w Morondavie zazwyczaj planują czas tak, że wracając wstępuje się na chwilę zobaczyć “zakochane baobaby” i zostaje znów w Alei do zachodu słońca. My jednak znaleźliśmy się tam wyjątkowo wcześnie, ponieważ zazwyczaj nie lubimy tracić czasu na siedzenie i kontemplowanie. Przeszliśmy się trochę po okolicy za dnia, zrobiliśmy jeszcze trochę zdjęć. Ola wpadła też na wspomnianego agresora. Po niedługim czasie stwierdziliśmy, że trzeba jechać dalej, bo droga dała nam mocno w kość, szczególnie wszechobecnym kurzem utrudniającym oddychanie. Odpuściliśmy sobie zdjęcia z całą rzeszą turystów i przed zachodem słońca byliśmy w naszym ulubionym rasta hotelu w Morondavie.

Warto było

Pamiętasz takie typowe krajobrazy z kreskówek, których akcja dzieje się w Afryce? Wschodzące słońce, kontury baobabów na horyzoncie, sawanna, pustynia wokół Ciebie. To wszystko tam jest i czujesz się jakbyś wszedł w tę kreskówkę i mógł wszystkiego dotknąć. Warto było być tam w tym dniu i o tej porze. Mam wrażenie, że takie warunki i widoki nie zdarzają się tam na co dzień. Chyba znów mieliśmy szczęście.

Jedna odpowiedź do “Aleja Baobabów”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *