Bali

Na Bali jechaliśmy bez przekonania, gdyż traktowaliśmy tę wyspę tranzytowo. Spodziewaliśmy się wyłącznie luksusów dla gości z krajów pierwszego świata, a tego unikamy jak ognia. Jakże się myliliśmy.

Mister

Po piętnastominutowym spokojnym rejsie promem na miejscu znów zostałem misterem Indonezji. Okrzykom: “Taxi mister! Taxi!” nie było końca. W umysłach miejscowych biały = pieniądze. Targować się trzeba ZAWSZE. Większość turystów macha ręką na te parę czy paręnaście złotych więcej i płaci. Błąd! Lokalsi przyzwyczajają się do tego i kantują coraz bardziej.

Po jakichś czterech godzinach szaleństwa rodem z Formuły 1 – w upale i kurzu – dotarliśmy do okolic Kuty w obrębie Denpasaru – stolicy Bali. W drodze nagraliśmy sobie najtańszy znaleziony nocleg w Gusti Homestay (70 tys. rupii za osobę). Pokoje są zrobione całkowicie pod zachodnich klientów, co idzie w parze z wyraźnie wyższą ceną. Mimo wszystko udało nam się znów utargować trochę rupii i – koniec końców – wyszliśmy na swoje. Gusti oferuje również wynajem skuterów ze zniżką dla swoich gości, co bardzo nam się przydało. Najlepszym sposobem na podróżowanie po Bali jest właśnie skuter, który praktycznie nic nie pali, a wjedzie absolutnie wszędzie ; )

Kultura

Bali jest miejscem, gdzie wyznaje się hinduizm, co ma ogromne znaczenie w odbiorze całej wyspy. Na co dzień wszędzie można zobaczyć dekoracje z kwiatów, kolorowe dary dla bożków i pięknie ozdobione budynki. Prawie wszędzie stoją ołtarzyki z posągami bóstw. Co rusz mija się barwne i zapierające dech w piersiach świątynie oraz uśmiechniętych i serdecznych ludzi.

Ten obraz bardzo kontrastuje z pozostałymi częściami Indonezji, które widzieliśmy. Uderzyło mnie to ze względu na świeże jeszcze wrażenia w Banyuwangi, z  którego dopiero co wypłynęliśmy. Otóż niedaleko miejsca gdzie spaliśmy umiejscowiony był głośnik, z którego non stop z ogromną mocą rozbrzmiewała miarowa pieśń religijna, nadawana z meczetu. W dzień jakoś nie było to zbyt uciążliwe, bo byliśmy zajęci wszystkim, tylko nie słuchaniem muzułmańskich modlitw. Niestety, śpiewy trwały niemal przez całą noc, a tej ostatniej dało mi się to mocno we znaki. Byłem okrutnie wkurzony i niewyspany. Wróćmy jednak na Bali.

Pura Tirta Empul

Pierwszego dnia zobaczyliśmy fantastyczną świątynię Tirta Empul na północ od Denpasaru. Święta woda z gorących źródeł, nietypowe rytuały modlitewne i spotkanie oko w oko z nową dla nas kulturą. Nie ma co się rozpisywać, wszystko widać na zdjęciach. Można tam wejść za darmo, choć wypada zostawić symboliczną “daninę” za użyczenie chusty o nazwie sarong. Jest to obowiązkowy element ubioru, bez którego nie wpuszcza się na teren świątyni. Sarong wiąże się w pasie i jest noszony zarówno przez kobiety jak i mężczyzn.

Do wody mogą wchodzić tylko hindusi. Jest ona święta i zabierana przez nich do domu kanistrami.

 

Święte gorące źródła – woda w tym zbiorniku magicznie bulgocze, mieszając i unosząc osady z dna.

 

Sacred Monkey Forrest

Zatrzymaliśmy się w mieście Ubud, pobieżnie je zwiedzając. Jednym z przystanków był kompleks leśny Ubud Sacred Monkey Forest. Uznaliśmy jednak, że 40 000 Rp za wejście to o wiele za dużo. Ola zapytała w kasie, dlaczego każą tyle płacić za kawałek zatłoczonego lasu z rozwydrzonymi małpami. W efekcie kazano nam się wynosić, choć i tak nie mieliśmy zamiaru wchodzić.

Agresywne i bezczelne makaki rozpuszczone przez turystów. Tylko na Bali spotkaliśmy się z takimi małpami. W każdym innym miejscu te zwierzęta były dzikie i płochliwe, a podglądanie ich zajmowało sporo czasu i dawało frajdę. Taka powinna pozostać natura.

Makaki występują w Indonezji tak gęsto, jak wróble w Polsce, a my zdążyliśmy już się na nie napatrzeć. Ola nie mogła zrozumieć postępowania ludzi wobec małp, które nauczyły się kraść rzeczy w zamian za jedzenie. Zwierzęta wyjadają śmieci, dewastują skutery, wskakują na plecy. Za sprawą człowieka stały się agresywne, a mimo to stanowią atrakcję turystyczną. Świątynie na Bali są imponujące i naprawdę piękne, ale mimo wszystko dość podobne do siebie.

 Samica prządki olbrzymiej (Nephila pilipes). Pajęczyca dorasta do ponad trzydziestu centymetrów, podczas gdy samiec zaledwie kilku. Sieci prządki są niezwykle wytrzymałe, często łapią się w nie nawet małe ptaki. 

Zaimponował nam Ubud Palace. Wejście jest darmowe i to o wiele ciekawsze miejsce od tego z oswojonymi małpami złodziejaszkami.

Na obrzeżach Kuty natknęliśmy się na opuszczone świątynie, które samotnie zwiedziliśmy.

Przypałętał się do nas mały kotek, który nie odstępował Oli na krok. Stała – był koło niej, biegła – on za nią, wchodziła na murek – kot też próbował. Swoją drogą – dobrze trafił.

Bawole łby

Warte wspomnienia są rozsiane po okolicznych miasteczkach i wsiach sklepy z biżuterią i gadżetami wykonanymi z kości przeróżnych zwierząt. Pięknie grawerowane czaszki, pierścionki i kolczyki przykuły naszą uwagę na półtorej godziny, czego wcześniej nie planowaliśmy. Właściwie to głównie czekaliśmy na Goudę, który wpadł w szał kupowania, ale warto było. Nie pamiętam, gdzie znajduje się ten konkretny sklep, w którym byliśmy, ale podobnych jest sporo – łatwo znajdziesz.

Pora na przygody

Następnego dnia pojechaliśmy już tylko we dwójkę. Tempo, które narzuciliśmy biednemu Goudzie, było dla niego za szybkie. Nie chcieliśmy zatrzymywać się po drodze na kawę,  tracić czasu w sklepach i na targach. Chcieliśmy zobaczyć jak najwięcej, przecież mieliśmy tak mało czasu! Dla niektórych nie jest to wymarzony sposób podróżowania, ma swoje wady i rozumiemy to. Planowaliśmy obejrzeć słynne balijskie pola ryżowe, które na zdjęciach wyglądają po prostu niesamowicie. Skierowaliśmy się jednak najpierw w stronę jeziora Danau Buyan i okolicznych wodospadów w północnej częsci wyspy. Droga nie przebiegła oczywiście bez przygód.

Sekumpul

Pierwszą z nich było złapanie gumy w skuterze podczas normalnego w Indonezji przeciskania się przez korek, na krawędzi życia i śmierci. Nieprawdopodobnym zbiegiem okoliczności stało się to na szczęście pięćdziesiąt metrów od warsztatu. Dogadaliśmy się na migi z pracującym tam chłopakiem i po dwudziestu minutach mogliśmy jechać dalej.

W pewnym momencie zaczęło się robić nieprzyjemnie ze względu na coraz bardziej strome podjazdy. Była nas dwójka na małym skuterze, który (delikatnie mówiąc) nie prezentował się nadzwyczaj solidnie. Z każdą kolejną stromizną miałem wrażenie, że sprzęgło eksploduje od obciążenia. Niestety, na oponie pojawiło się spore pęknięcie, a przed nami było kilka kilometrów jeszcze gorszej stromizny. Póki koło nadawało się do jazdy, z żalem  podjęliśmy trudną decyzję o rezygnacji z wodospadu Sekumpul, najmniej turystycznego miejsca na Bali. A to na nim zależało nam najbardziej.

Kilkanaście stopni, gęsta mgła i deszcz. Zupełnie się tego nie spodziewaliśmy,

Trzy godziny jazdy i konieczność rezygnacji na 5 km od celu.

Danau Buyan

Patrzyłem cały czas na innych uczestników ruchu, którzy nic sobie nie robili z tych warunków i to jakoś dodawało mi odwagi. Obraliśmy azymut na wodospad Munduk, znajdujący się po drugiej stronie gigantycznego krateru. Objeżdżaliśmy go właśnie, gdy złapała nas ostra ulewa. Była tak intensywna, że mimo peleryn przeciwdeszczowych po dziesięciu sekundach, które spędziliśmy na szukaniu schronienia, byliśmy cali mokrzy. Tu znowu mieliśmy szczęście, ponieważ zatrzymaliśmy się akurat, żeby zobaczyć z góry malownicze Danau Buyan. Przy konstrukcji widokowej znajdowało się kilka zadaszonych przybytków, więc skorzystaliśmy z jednego i zrobiliśmy sobie przerwę obiadową.

 Piękne jezioro Buyan i przesuwająca się granica oberwania chmury.

  Zdjęcie zupełnie nie oddaje położenia, w którym się znaleźliśmy chwilę po jego zrobieniu. Deszcz bezustannie przybierał na sile. Wiat nie zdała się na nic – krople kosiły tak mocno, że nie robiło różnicy czy jesteśmy pod nią, czy nie. A lało tak potężnie, że z trudem widzieliśmy koniec pomostu. Cali mokrzy i wystawieni na wiatr postanowiliśmy poszukać innej kryjówki.

I tak znaleźliśmy się po drugiej stronie ulicy, w warungu. Przedostanie się do niego zajęło kilka niełatwych sekund. Asfaltową drogę przesłonił rwący potok spływającej ze zboczy wody.

Wypiliśmy tu sporo gorących herbat i kaw, zanim deszcz zelżał.

Banyumala

Ulewy w porze deszczowej zazwyczaj nie trwają dłużej niż pół godziny. Ta, jak na złość, nie chciała ustać całkowicie. Ponad godzinę byliśmy przykuci do zadaszenia, bo ściana wody całkowicie ograniczała widoczność. Gdy ulewa zamieniła się wreszcie w deszcz, zasięgnęliśmy języka u mieszkańców. Okazało się, że bardzo niedaleko znajduje się inny, o wiele piękniejszy, na dodatek podwójny wodospad. Nie myśląc długo zrezygnowaliśmy z Munduk i pojechaliśmy w kierunku Banyumala. Droga do tych wodospadów jest przeznaczona raczej dla motocykli crossowych albo jeepów, a nie wątłych skuterków z umownymi hamulcami, dosiadanych przez dwójkę ludzi. Musiałem wspiąć się na wyżyny swoich umiejętności, żeby zjechać na dół i się nie zabić, przy czym Ola szła obok.

Z trudem pieszo dotarliśmy nad wodospad. Spędziliśmy tam wspaniałą i samotną godzinę z hakiem. Miejsce jest na totalnym odludziu i trzeba patrzeć pod nogi przy schodzeniu, bo łatwo się poślizgnąć. Na dole są w sumie dwa wodospady. Jeden za kurtyną z drzew – zwisających ze skarpy nad głową i łączących się z ziemią. Mnie osobiście, bardziej od pierwszego wodospadu, podobałby się te drzewa. Wyglądało to niesamowicie, jak stalagnaty w jaskiniach. Drugi, większy wodospad, robi jednak ogromne wrażenie. Roślinność po prostu eksploduje wokół, a w deszczu wygląda to tym bardziej soczyście.

Deszczowy taniec radości.

Były też pijawki.

Droga powrotna była dużo łatwiejsza, gdyż wiedziałem czego się spodziewać. Skierowaliśmy się na południe, testując hamulce na zjeździe ze zboczy wulkanu Bali, gdzie wcześniej zajeżdżaliśmy sprzęgło w biednym skuterze Gustiego. Jeśli wybierasz się w te rejony wyspy, naprawdę zachęcam do zwrócenia uwagi, czym jedziesz. Szczególnie dobrze sprawdź hamulce i upewnij się, że silnik ma przynajmniej 125 ccm pojemności. A w porze deszczowej sprawdź pogodę, czego my nie zrobiliśmy i ten chłodny deszczowy dzień spędziliśmy w szortach dzwoniąc zębami.

Jatiluwih Rice Terraces

Przestało padać dopiero kiedy dotarliśmy pod najpiękniejsze na wyspie terasy ryżowe. Wpisane na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO Jatiluwih robią wrażenie. Zirytowało nas, że znowu za wjazd wyciągają po 40 000 Rp za głowę, ale zapłaciliśmy. Nie chcieliśmy opuszczać tego miejsca z kwitkiem, tym bardziej że dzień miał się ku końcowi, a nas długo wstrzymywała ulewa. Wkurzyliśmy się za to dużo bardziej, kiedy okazało się, że piętnaście minut później wszyscy wyjechali, a wejście było darmowe. Zrobiliśmy szybki spacer po przeogromnych i naprawdę pięknych polach. Warto je zobaczyć, widoki zostają w pamięci na długo.

 

 A tak wygląda ryż chwilę przed zbiorem.

Archipelag wysp indonezyjskich jest ogromny. Pory deszczowe i suche nie występują w całym kraju w dokładnie tym samym czasie. Rolnictwo na różnych wyspach przebiega inaczej. Choć ryż jest uprawiany przez prawie przez cały rok, mieliśmy szczęście zaobserwowania wszystkich faz jego wzrostu. Od tworzenia nowych pól, poprzez sianie, pielęgnację, dojrzałość, po same  zbiory.

 

 

Wracaliśmy po zmroku, co nie było ani bezpieczne, ani  rozsądne, biorąc pod uwagę styl jazdy Indonezyjczyków. Generalnie unikaj jazdy po ciemku, jeśli nie czujesz się zbyt pewnie na dwóch kółkach.

Uluwatu

Przy drugim pobycie na wyspie zjechaliśmy jeszcze malownicze klify na południu wyspy. Ucięliśmy sobie drzemkę na wymarzonych plażach dla surferów o niesamowicie turkusowej wodzie. W końcu dotarliśmy do świątyni Uluwatu. Jest to pięciokilometrowy kompleks z fantastycznym chodnikiem położonym na samej krawędzi urwiska, z którego widać piękną lagunę i rozbijające się o ląd fale Oceanu Indyjskiego.

Podobnie jak w większości miejsc na Bali, tak i tu można spotkać mnóstwo makaków, łasych na zawartość plecaków mniej uważnych turystów. Co ciekawe jednak, najczęstszym łupem małp stają się okulary przeciwsłoneczne. Przydarzyło się to też Oli, ku jej chwilowemu przerażeniu. Makak usiadł z okularami na murku i wyraźnie na coś czekał. W tym momencie podeszła do niego Indonezyjka i pewnym ruchem wręczyła banana. Małpa chwyciła smakołyk i wypuściła z ręki okulary w krzaki za murkiem, który oddzielał nas od przepaści. Pani udało się wydobyć okulary i przekazała je właścicielce, żądając w zamian zapłaty. Nie doczekała się jednak (żądała 50 tys. rupii), a okulary Ola sobie wzięła. Taki lokalny biznes. Widać było, że makak nie musiał trudzić się zdobywaniem pożywienia w naturze, bo na opisanym procederze zdążył dorobić się pokaźnego brzuszka. Nie wyglądał przy tym zdrowo.

Tak zakończył się nasz “tranzyt” przez Bali. Miało być krótko, turystycznie i nieciekawie, a było pięknie, kolorowo i zajęło nam całe cztery dni. Bali jest wyjątkowa, ale z dala od kurortów.

Soczysta i pyszna pitaja (smoczy owoc).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *