Belfast – miasto duchów

Do Irlandii Północnej zabrała mnie siostra. Dostała propozycję przeprowadzenia wykładu i warsztatów dla miejskiego studia graficznego w Belfaście. Ania jest specem od litografii (techniki grafiki warsztatowej) i świetną artystką. Jednak nie lubi lotnisk. A że ja czuję się tam jak w domu, wszystko zgrało się idealnie.

Wymierające miasto

Pierwsze zderzenie z rzeczywistością irlandzką przywołało wspomnienia z Kanady. Carpety (jasne, dywanowe wykładziny, które są wszędzie poza kuchnią i łazienką – nawet na schodach i w wiatrołapie), specyficzny mdlący zapach w domach (a w zasadzie dziwaczne perfumowanie wszystkich przestrzeni, w tym sklepów), otyli ludzie na ulicach (ale to takie kolosy jak z telewizji), “pojechane” budynki (z wyposażeniem z czasów McGyver’a) i okropne bary (z ociekającą tłuszczem żywnością). Poza wymienionymi wyżej charakterystycznymi dla kultury anglosaskiej zjawiskami w Belfaście było coś jeszcze: opustoszałe witryny, porzucone mieszkania, rozpadające się budynki i starzejące się społeczeństwo.

“Kłopoty”

W Irlandii Północnej jest teraz spokojnie, choć nie zawsze tak było. Jeszcze kilkanascie lat temu w stolicy dochodziło do wielu aktów przemocy, walk ulicznych i ataków bombowych. W latach ‘60 ubiegłego wieku rozpoczął się tam konflikt (nazwany “The troubles”), a jego przyczyną była próba zjednoczenia Irlandii Północnej z Republiką Irlandii. Przeciwstawili się sobie przedstawiciele zgromadzeń narodowościowych i zjednoczeniowych, z których jedni byli protestantami (lojalnymi wobec Wielkiej Brytanii), a drudzy katolikami (zwolennikami połączenia z Irlandią). “Kłopoty” pochłonęły ponad 3,5 tysiąca ofiar. Konflikt zawieszono w 1998 roku i od tego czasu nie zdarzyły się nowe incydenty wojenne. Sprawa pozostaje jednak nierozwiązana i część osób uważa, że kolejne powstanie jest wyłącznie kwestią czasu.

Płoty tego typu przecinają całą przestrzeń miejską. Spora część budynków wygląda jak… więzienie.

Jedno jest pewne – walki pozostawiły spustoszenie w mieście, które wygląda teraz jak plac budowy, tak jakby kilka tygodni temu poproszono mieszkańców o opuszczenie domów, bo w ich miejsce powstaną nowe. Ale firma budowlana zbankrutowała i budynki jedynie odgrodzono i częściowo rozebrano. Wspomnienie niedawnej wojny przywołują jednak obecne na każdym kroku wielkie ogrodzenia z drutem kolczastym, kraty w oknach, pancerne kamery. Jest nawet bar, w którym zachowano “kolczaste” drzwi, zamykane szybko na czas zamieszek, by nikt nie mógł się dostać do środka, a goście i właściciele mogli pozostać spokojni. Aż trudno uwierzyć, jak zaciekle można walczyć przeciwko sobie w imię… tego samego Boga.

Nie

Nie jest tajemnicą, że nie przepadam za miastami. Są jednak miejsca, w których człowiek wie, że mógłby zamieszkać. Przynajmniej hipotetycznie. Belfast nie podbił mojego serca. Jestem wręcz przekonana, że bym się tam udusiła. Fakt faktem, część budynków wygląda jak Hogward (np. Queen’s University), co niektórym może imponować. Ja nie potrafię zachwycać się sztucznymi wytworami cywilizacji, jakimi są miasta. Bez żalu odpuściłam sobie sztandarowe atrakcje, choć kilka razy przeszłam przez centrum. Raczej z konieczności, niż z ochoty.

Tak

Trzeba jednak przyznać, że w każdym mieście znajdzie się przyjemną przestrzeń. W przypadku Belfastu jest to Ogród Botaniczny. Mnóstwo fantastycznych roślin i kwiatów, piękne stare drzewa, cudowne zapachy, sporo ptaków i wiewiórek. Ale na szczególną uwagę zasługuje wiktoriańska palmiarnia. Nie tylko ze względu na tropikalne rośliny. Jest to jeden z pierwszych budynków na świecie wykonany ze szkła i metalu. Trzeba przyznać, że robi wrażenie!

Kosy (Turdus merula) są nie tylko piękne, ale też wiedzą, jak podbijać serca dam! Ten kawaler przez długi czas karmił swoją wybrankę, która grzecznie czekała, aż on przyniesie jej „łupy”. Niestety, kosica odleciała z konkurentem.

Wiewiórka szara (Sciurus carolinensis).

To i następne zdjęcie należą do uroczego rudzika (Erithacus rubecula).

Warto też wybrać się do Belfast’s Window on Wildlife. Choć wiem, że nie dla wszystkich miejscówka okaże się ciekawa. Jest to obszar chroniony, w którym gniazdują ptaki wodne. Ciekawostką jest, że znajduje się on w samym porcie. Wstęp do obserwatorium kosztuje od 2,5 do 3 funtów, w zależności od wieku zwiedzających. A w środku mamy lunety i lornety do obserwowania ptaków i całe zaplecze książek, ale niestety jesteśmy odgrodzeni szybą. Do samych ptaków wejść nie można, dzięki czemu mogą się w spokoju rozmnażać. Zwierząt jest sporo i przyznam, że spędziłam tam dwie radosne godziny.

Drugoplanowy ptaszek to czeczotka (Acanthis flammea).

Tyle wypatrywania na polskich polanach, a i tak musiałam pojechać do Irlandii Północnej, żeby pierwszy raz zobaczyć dzikie szczygły (Carduelis carduelis). A po powrocie  do kraju spotkałam je kilkanaście razy podczas jazdy rowerem.

Dowiedziałam się też o istnieniu potrzosa (Emberiza schoeniclus)!

Kontrolę nad roślinnością sprawują dwa półdzikie koniki polskie. Teren jest spory i ogrodzony. Wolontariusze okresowo sprawdzają stan ich zdrowia, ale koniki są tu przez cały rok.

Udało mi się zaobserwować m.in.: szablodzioby zwyczajne (Recurvirostra avosetta), czajki (Vanellus vanellus), bekasy kszyki (Gallinago gallinago), rycyki (Limosa limosa), mewy śmieszki (Chroicocephalus ridibundus), rybitwy rzeczne (Sterna hirundo), czaplę siwą (Ardea cinerea), ohary (Tadorna tadorna), świstuny zwyczajne (Anas penelope), modrzyki zwyczajne (Porphyrio porphyrio),  a także ptaki niewodne takie jak piecuszki (Phylloscopus trochilus), rokitniczki (Acrocephalus schoenobaenus), dzwońce (Carduelis chloris)czyżyki (Spinus spinus) i zięby (Fringilla coelebs).

RSPB Belfast Lough to fantastyczny park, do którego polecam się wybrać!

Kolejnym miejscem godnym uwagi jest National Trust – Minnowburn. Malowniczy rezerwat, w którym można wynająć kajaki i przepłynąć się rzeczką. Na załączonym obrazku kokoszka zwyczajna (Gallinula chloropus).

Ten pan to perkozek (Tachybaptus ruficollis) w szacie godowej. Ten poniżej też!

2 x tak

Czy warto pojechać? Oczywiście! Nie jestem zwolennikiem opierania się wyłącznie na cudzej opinii. A jeśli jest okazja, trzeba jechać, nawet do piekła, i przekonać się na własnej skórze, jak to wygląda naprawdę.

Jedna odpowiedź do “Belfast – miasto duchów”

  1. No nareszcie! Tyle trzeba było czekać na kolejny wpis, ale chyba już będzie regularnie:)? Wszyscy mamy taką nadzieję:-) K&R

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *