Berastagi. Kraina owoców u stóp Sibayak

Droga do Berastagi i pobyt tam były szalone. Jeden jedyny raz w życiu skorzystaliśmy ze zorganizowanej wycieczki i żałowaliśmy tego od pierwszych chwil.

Gdzie jest auto?

Pół godziny po wyjściu z dżungli złapaliśmy tuk-tuka, po czym “załadowano” nas do autobusu. Żałuję, że wtedy nie zaprotestowałam. Skusiła nas wygodna perspektywa zamiany sześciu godzin drogi w różnych autobusach na trzy godziny samochodem. No właśnie – samochodem. To był jedyny powód, dla którego nie pojechaliśmy na własną rękę. Koszt był niewiele większy, przy sporej oszczędności czasu. No i komfort podróży klimatyzowanym autem, dostosowanym do liczby pasażerów. Że nie zapaliła nam się czerwona lampka? Wciąż pluję sobie w brodę.

Berastagi

Pomijając wszystkie perypetie po drodze i pościg za autobusem taksówką w Medanie, po pięciu godzinach dotarliśmy do Berastagi. Jest to małe górskie miasteczko położone na wysokości 1300 m. Klimat znacznie różni się tu od nizinnego. Temperatura rzadko przekracza 22 stopnie C. Podczas naszego pobytu w dzień było 14, w nocy 8 stopni. Wyobraź sobie, że z trzydziestokilkustopniowego upału wpadasz w chłodną rześkość. Taka amplituda w krótkim czasie sprawiła, że nie mogłam przestać telepać się z zimna.

Było już po 21, a skromny lunch w dżungli był naszym ostatnim posiłkiem. Ale najpierw pokój – nic nadzwyczajnego, brakowało jedynie gorącego prysznica, który miał być na wyposażeniu. Zbuntowałam się, kolejny raz chciano nas oszukać. Po sprzeciwach zostaliśmy przeniesieni. Gorąca kąpiel pozwoliła się zrelaksować po niewygodach dżungli i zagrzać w chłodnym pomieszczeniu.

Oszustwo

Całą noc lało, do czego zdążyliśmy już przywyknąć. Nie dość że niewyspani, na dodatek przemarznięci po nocy, wyszliśmy na jeszcze zimniejsze zewnątrz. Przed 7 rano zmierzaliśmy już w stronę Sibayak (2 212 m). Taksówkobusem dostaliśmy się pod wulkan. Nie było sensu wchodzić nudną jak flaki z olejem asfaltową drogą. Podczas swobodnej rozmowy z przewodnikiem Danim (u niego załatwiliśmy wyjście do Leuser) i uczącym się fachu Andre (przewodnik z dżungli) wyszedł na jaw przekręt. W wielkim skrócie – wszyscy zostaliśmy oszukani przez Antona. To jego biuro podróży zorganizowało tę cudowną wycieczkę. Jeśli w Bukit Lawang spotkasz tego typa, możesz go od nas… pozdrowić.

Wyłudzenie i kłamstwo

Zamiast samochodu – autobusy. Zamiast Berastagi, wulkanów Sibayak z jego gorącymi źródłami i groźnego Sinabung,  tradycyjnej wioski Lingga zamieszkałej przez lud Bataków, największego jeziora wulkanicznego świata Danau Toba i najwyższego w Indonezji wodospadu Sipiso Piso… zwiedziliśmy jedynie dwa pierwsze miejsca. Zamiast trzech noclegów i trzech i pół dnia – dwie noce i jeden dzień. A wszystko co najmniej dwukrotnie droższe niż na własną rękę.

Nasza zaliczka przepadła, a przewodnicy o niej nie słyszeli. Gdy pokazaliśmy im świstek, złapali się za głowę. Powiedziano im, że nic jeszcze nie zapłaciliśmy i damy im wynagrodzenie na miejscu. Nie mieli ze sobą nic, prosili nawet o kupienie im jedzenia. Ci dwaj mężczyźni byli uczciwi, wiem to. Dani mocno przeżył to oszustwo, Andre był przestraszony, a my wściekli jak osy.

Kara i zrozumienie?

Chcieliśmy iść na policję, ale dotarło do nas, że to nie ma sensu. Za samo wysłuchanie trzeba dać łapówkę. Poza tym jesteśmy biali, z dala od typowych szlaków dla białoskórych turystów. Napisaliśmy wspólnie skargę na Antona do ichniejszego towarzystwa przewodników. To miało większą szansę powodzenia. Anton prawdopodobnie straci swoją licencję i uprawnienia do pracy z turystami.

Musieliśmy zapłacić za noclegi i transport z własnej kieszeni, w dodatku za cztery osoby. Dani prawie się popłakał, że nie ma za co wrócić do domu. Sezon deszczowy to ciężki okres dla przemysłu turystycznego, ale dżungla ma wreszcie szansę odetchnąć i zyskać trochę intymności. Niektórzy ludzie jedzą jeden posiłek dziennie, ledwo wiążąc koniec z końcem. Tu toczy się walka o przetrwanie i choć czyn Antona był haniebny, byłam w stanie częściowo mu wybaczyć.

Andre

Dani

O dziwo, przy wejściu na szlaku był nawet otwarty sklep. Nie wiem, co sprzedawca sobie myślał, przychodząc tam poza sezonem i na 7:30 rano…

Sibayak

Wchodziliśmy w ciszy, każdy z nas zastanawiał się: “Co dalej?”. Żal, gorycz i złość sprawiły, że nie czerpaliśmy przyjemności z bliskości dżungli. Na szczęście musieliśmy się napocić, by dojść asfaltem do oficjalnego szlaku prowadzącego do kaldery. Pomogło to wyładować frustrację. Widzieliśmy wcześniej gęste chmury, ale mieliśmy nadzieję, że się rozejdą. Jak możesz się domyślać – tak się nie stało.

Od prawie początku podejścia szliśmy w gęstej mżawko-mgle, widząc na kilkadziesiąt metrów do przodu. Im wyżej – tym gorzej. Na szczycie, znajdującym się kilkaset metrów nad kalderą, widzieliśmy jedynie na 10 metrów w przód. Podejście było łagodne i nie wymagało najmniejszej sprawności fizycznej, ale ścieżka była wąska, blisko urwiska i bardzo śliska. Ostatnie kilkaset metrów szliśmy po żwirze, który ciągle się osuwał.

Początkowo droga wiedzie przez dżunglę, ale ścieżka jest prosta i widoczna.

Pogoda uniemożliwiła nam ujrzenie wulkanu Sinabung, zazwyczaj doskonale widocznego z miejsca, w którym staliśmy. Przyglądaliśmy się za to ciekawej bieli. Ziemia sprawiała wrażenie innej planety i w połączeniu z mgłą nadawała przestrzeni jakiś nowy wymiar. Wyobraźnia płatała mi figle, zwłaszcza że po całej okolicy niósł się jedynie głośny syk wulkanicznych gazów. Scenariusz na film klasy Z sam przychodził do głowy. I tytuły takie jak “Siarkozaur kontra Mgłazilla” albo “Morderczy wyziew”.

W Indonezji każda blondynka  może poczuć się jak gwiazda filmowa. Wszyscy się do ciebie uśmiechają, robią z tobą zdjęcia, wypytują o różne rzeczy (zwykle w swoim języku, ale na migi łatwo się z nimi porozumieć). Nie byli przy tym zbyt nachalni, za to serdeczni i sympatyczni. Przyznam, że po powrocie trochę mi brakowało bycia „Misiss”: )

Są też momenty, gdzie szlak się urywa i wpada w przepaść. Radzę patrzeć pod nogi.

Stopniowo drzewa i krzewy się przerzedzają wraz z wysokością. 

W końcu znika wszelka roślinność i rozciąga się księżycowy krajobraz.

Nasz „syczący potwór”. Świst i szum zatykających płuca gazów są bardzo głośne. Stanie przy gejzerze w tej mgle przyprawiało o ciarki. Uczucie niepokoju było ciężkie do zwyciężenia.

Sekundę po zrobieniu zdjęcia, wiatr po raz pierwszy zmienił kierunek. Dostaliśmy chmurą oparów prosto w twarz. Miałam uczucie, jakby mi krtań i płuca zżerało od środka. Oczy były mocno podrażnione. Biegiem ruszyliśmy do krawędzi kaldery.

Prawe zbocze na zdjęciu prowadzi do środka wulkanu, lewym przyszliśmy. A przede mną droga na szczyt.

Im wyżej, tym węziej.

Druga Strona

A tak na poważnie: warunki atmosferyczne sprawiły, że wulkan był niebezpieczny. Planowaliśmy zejście drugim zboczem – wprost do gorących źródeł, w których chcieliśmy się pluskać. Miały być nagrodą za trudną trasę prowadzącą do nich. Żwir miał zamieniać się w wielkie kamienie, a te przechodzić w gęstą dżunglę. Choć na wulkanie byliśmy praktycznie sami, po drodze spotkaliśmy dwie małe grupki z przewodnikami, którzy stanowczo odradzali nam ten pomysł.

Dani również wolał nie iść. Podobno niewielu śmiałków podejmuje się tego pięciogodzinnego i trudnego zejścia. W jego połowie trzeba przedzierać się przez gęsto zarośniętą, całkowicie dziką dżunglę. To zbocze, nietrudnej w zdobyciu góry, pochłonęło już dziesiątki istnień, nie tylko turystów. Jeden fałszywy krok powoduje często śmiertelny upadek na kamieniste zbocze. Podjęliśmy jednak próbę.

Zejście

Daleko nie zaszliśmy. Pokonaliśmy może dwieście metrów i nikt z nas nie miał odwagi kontynuować. Nieraz musiałam siadać na kamieniu i zsuwać się po nim, by dosięgnąć stopami tego poniżej. Nie ma tu szlaku, schodzi się widząc parujące źródła. A my niewiele widzieliśmy. Dani ruszył przodem, sprawdzając drogę. Stwierdził, że nie ma pojęcia, dokąd iść i za chwilę nie będzie wiedział jak wrócić. Musieliśmy wspiąć się z powrotem i zejść, którędy przyszliśmy.

Nikogo też nie było na postoju busów i taksówek. Tą nudną jak flaki z olejem asfaltową drogę bez widoków pokonaliśmy pieszo. Dopiero po wyjściu z lasu, przy rozległych polach uprawnych, mogliśmy się rozejrzeć. Do hotelu doszliśmy po prawie 3 godzinach.

Jak widać po ścieżce ani śladu. Tu jest się zdanym na wiedzę przewodnika. Andre spogląda na wracającego ze złą nowiną Daniego. Jedyne zdjęcie z tamtej strony Sibayak. Warunki schodzenia nie pozwalały nam myśleć o fotografii, a nakazały zwracać uwagę na własne „gnaty”.

Schodzimy ze szczytu.

Urwana droga II.

W połowie drogi do Berastagi po raz pierwszy było nam dane zobaczyć Sibayak w pełnej krasie.

Pyszności

Dzięki klimatowi rejon Berastagi słynie ze znanych na cały kraj upraw owoców i warzyw. Widzieliśmy jak rosną cenne papryczki chili obok pitaji (drzewo, które rodzi smocze owoce), a za nimi plantacje kawy i jackfruitów. Najbardziej znane są jednak tutejsze marakuje, podobno najsmaczniejsze na świecie. Nie da się temu zaprzeczyć! Dostępne jedynie tu zielone owoce są słodkie, soczyste i orzeźwiające. Dla samego smaku warto się tam wybrać. Nie można zapomnieć o odwiedzeniu Pasar Buah, czyli największego targu owocowego na Sumatrze. Można tu znaleźć rozmaite egzotyczne owoce i niemal wszystkie warzywa. Na każdym stoisku jest jedna cena – 20 tys. rupii za kilogram czegokolwiek.

.

Część warzywna.

Najlepsze, najcenniejsze, najsmaczniejsze na świecie marakuje! Tymi owocami nie da się nasycić, jak już zaczniesz – nie możesz przestać.

Persymony dojrzałe na drzewach, smak kaki importowanych do Polski nie jest nawet w połowie tak dobry!

Choć ulewy były częste i obfite, nie odczuliśmy ich za bardzo. Wiedzieliśmy, że w czasie naszej wyprawy będzie padać, a nawet lać. Zazwyczaj oberwanie chmury miało miejsce wieczorem i trwało większość nocy, a dnie (z godzinną przerwą na „lańsko”) były pogodne.  Ciemno robiło się już o 18, więc deszcz i tak nie krzyżował nam planów.

Mango zielone i żółte, dwa rodzaje melonów, najlepsze na świecie banany,  pomidorki i salaki (owoce wężowe).

Ogromne i smaczne winogrona, jabłka, mandarynki, pomarańcze, soczyste persymony (kaki), nietypowa w smaku odmiana melona i granaty.

Berastaskie marakuje, za nimi pyszne zielone pomarańcze, a z przodu odmiana mango, nazywana przez mieszkańców mleczną.

2 odpowiedzi do “Berastagi. Kraina owoców u stóp Sibayak”

  1. Nie miałem pojęcia, że takie owoce w ogóle istnieją! Próbowaliście tych wężowych? Jeśli tak, to napiszcie jak smakują!? Tylko kupujących jak na lekarstwo!

    1. Największy ruch jest o poranku i w porze suchej. Nam się na szczęście udało uniknąć tłumów, ale pusto też nie było!
      Owoce wężowe są smakowite : ) Twarde i soczyste. Daniel podpowiada, że są „jędrne”. W smaku podobne do liczi, wyczuć można nutę orzechową. Słodkie i orzeźwiające!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *