Bukit Lawang i Bat Cave

Wylądowaliśmy w Medanie, ale nie mieliśmy zamiaru zatrzymywać się w tym mieście. Lotnisko o nazwie Polonia, niemające nic wspólnego z Polską (o wielkości świetlicy wiejskiej), zaskoczyło nas. Było na nim pełno broszur i tablic informacyjnych ze wskazówkami dojazdu do konkretnych miejsc.

Binjani

Czym prędzej wybraliśmy gotówkę i złapaliśmy (w ostatniej chwili) autobus do Binjani. Większość kursów z lotniska obsługuje ALS, odpowiednik Damri. Za dwie osoby zapłaciliśmy 80 tys. Rp., a jechaliśmy nieco ponad godzinę. W Binjani oczywiście zostaliśmy wysadzeni na jakimś parkingu “nigdzie” i próbowano nas upchnąć do vano-taksówki do Bukit Lawang. Szybko zwietrzyliśmy podstęp i czmychnęliśmy w miejską dżunglę. Każdy na pytanie: “Bukit Lawang?” wskazywał inny kierunek. Snuliśmy się po tej mieścinie, bezcelowo szukając dworca.

W końcu dwóch typków powiedziało, że autobus przejeżdża przez ulicę, przy której jesteśmy i go dla nas zatrzymają. Z braku alternatywy, czekaliśmy grzecznie. Chociaż kierowcy ojeków i tuk-tuków prawie się o nas pobili, twierdząc, że dworzec jest 3 kilometry od nas. Po prawie godzinie nasi usłużni informatorzy wybiegli na trzypasmówkę i dosłownie wskoczyli na maskę minivana. Jak mówili, tak zrobili i – ku niezadowoleniu taryfiarzy – zatrzymali naszego busika. Odpaliliśmy im 10 tys. rupii napiwku i za 100 tys. Rp. ruszyliśmy na Bukit Lawang.

Bus wyczynowy

Droga do wioski była oczywiście bardzo długa i wyboista. Przez dwie godziny nie przekroczyliśmy 40 km/h, a i tak odnosiło się wrażenie prędkości kosmicznej. Uważam, że każdy indonezyjski kierowca wygrałby wszystkie Dakary i tym podobne. Niesamowite jest to, że te superstare, obdarte ze wszelkiej tapicerki, przerdzewiałe na wylot samochody z czterema różnymi oponami, wjadą wszędzie. Po prostu nie ma dla nich ograniczeń. Niejednokrotnie wyprzedzaliśmy wypasione jeepy 4×4, powolnie przekraczające rowy i półmetrowej głębokości dziury. Nasz kierowca nawet nie zwalniał. Parę razy miałam wrażenie, że wybiliśmy się w powietrze, jak na filmach akcji.

Bukit Lawang

Turystyczna część wioski znajduje się ok. 2 km od dworca. Od lokalsów dostaliśmy mapkę z hotelami i rekomendację najtańszego miejsca. Tuk-tukiem pojechaliśmy do Bukit Lawang Indah, gdzie spaliśmy za 70 tys. Rp. W o ⅓ tańszym lokum nie było wiatraka, a upał był nie do zniesienia. Wydaje mi się, że oferują również nocleg z klimą. Generalnie, ta część miejscowości to same hotele (jest ich ok. 30), biura podróży i sklepy z pamiątkami. Indah jest jednym z dwóch ośrodków po stronie dżungli, reszta usytuowana jest po drugiej stronie rzeki Bohorok. Mieliśmy gorszy widok, bo na rdzawą osadę, za to byliśmy bliżej natury.

Ten most potrafi przyprawić o zawrót głowy! Buja się z każdym krokiem i wygina na wszystkie strony. Jakby się szło po konstrukcji z plasteliny. Ma około 40 metrów długości i nie może przebywać na nim więcej niż 5 osób. Niby z boku są te stalowe liny, ale są niefunkcjonalne i bardzo łatwo, zwłaszcza w deszczu, jest się na nim poślizgnąć i spaść.

Widok na Bukit Lawang od strony dżungli.

Widok z głównego mostu (dochodzącego do Indah) w górę Bohoroku.

Główny most.

Bukit Lawang

Bukit Lawang

Bukit Lawang

Bukit Lawang

Bukit Lawang

Bukit LawangKoty w Indonezji zamiast pięknych ogonów, mają jedynie kilkukręgowe kikuty. Już w Dżakarcie to zauważyliśmy, ale myśleliśmy że ktoś je okaleczył. Im dłużej przebywaliśmy w kraju, tym bardziej wydało nam się to zagadkowe. Internet aż kipi od dziwnych teorii na temat tego zjawiska. Najbardziej prawdopodobny jest jednak brak pochodzenia indonezyjskich kotów od kota domowego (Felis catus). Potwierdzać to może fakt, że bezogoniaki są o wiele smuklejsze od naszych dachowców, mają dłuższe nogi i większe oczy.  I są mniejsze. Są lepiej przystosowane do życia w dżungli, niż domowe pieszczochy. Brak ogona jest prawdopodobnie mutacją genetyczną, wynikającą z chowu wsobnego. 

Przybycie tu w porze deszczowej po raz kolejny się opłaciło. Podobno wioska jest najbardziej zatłoczonym przez turystów miejscem na Sumatrze i  w sezonie są zatory na chodnikach. Słyszałam nawet o kolejkach do dżungli! A tu proszę – byliśmy sami. Poza nami w całym Bukit Lawang było pięciu turystów. Cały las deszczowy dla nas!

Bukit LawangMakak krabożerny (Macaca fascicularis)

Bukit Lawang

Bukit Lawang

Bukit Lawang

Bukit Lawang

Bukit Lawang

Bukit Lawang

Bukit Lawang

Bukit Lawang

Bukit Lawang

Bukit Lawang

Bukit LawangGekon cziczak (Hemidactylus frenatus), naprawdę mówi: „cziczak” 😀

Bukit LawangBył tak wyjątkowy, że poświęciłam mu więcej czasu. Miał ogon! Jeden z pięciu widzianych przez nas kotów w kraju, który go posiadał.

Bukit LawangKtoś się nie doliczył 😉

Leuser patrzy

Przez dwa dni się aklimatyzowaliśmy i sami wałęsaliśmy się po okolicy. Szybko znaleźliśmy wydeptaną ścieżkę wzdłuż rzeki Bohorok i udaliśmy się w górę jej nurtu. Im dalej szliśmy, tym bardziej czuliśmy się obserwowani. Niby miałam świadomość, że szansa na spotkanie stada słoni sumatrzańskich (Elephas maximus sumatrensis) czy tygrysa sumatrzańskiego (Panthera tigris sumatrae) jest nikła, ale człowiek czuje się nieswojo w takiej dziczy.

Śmierć

Niestety, obydwa gatunki tych wspaniałych zwierząt są krytycznie zagrożone wyginięciem. Słonie sumatrzańskie to najmniejszy podgatunek azjatyckich słoni. Ich ciosy są krótkie. W niewoli można je zobaczyć w Tangkahanie, oddalonym o niecałe 2 godziny drogi od Bukit Lawang. Nie jest to jednak przyjemne dla słoni spotkanie, bo służą tam jako wierzchowce. Z kolei tygrysy sumatrzańskie są najmniejszym żyjącym przedstawicielem tej rodziny drapieżników. Żyją głęboko w dżungli, przeważnie na dużych wysokościach, ale widuje się je również na równinach. Są zwierzętami silnie terytorialnymi, samodzielnie patrolującymi ogromne obszary. W ciągu ostatnich 25 lat wyspa straciła aż ⅔ swoich lasów! Ta szalona wycinka przyspiesza tempo wymierania tych majestatycznych zwierząt.

W XX wieku wytępiono całkowicie ich kuzynów – najmniejsze tygrysy balijskie (Panthera tigris balica) i nieco większe tygrysy jawajskie (Panthera tigris sondaica). Wszystko za sprawą wylesiania i polowań. Zabijane głównie hobbystycznie i dla futra (niech mi jakiś myśliwy powie, że kocha przyrodę, to się chyba przekręcę!) oraz wyłapywane jako atrakcja. To przerażające, że w tak krótkim czasie można zniszczyć coś, co powstawało przez tysiące lat. Alfred Wallace, brytyjski przyrodnik, geograf i antropolog, pisał w swoich pamiętnikach o Bali, jako krainie tygrysów. To, co Brytyjczycy zastali w Indonezji ok. 1860 roku, musiało być magiczne. Pewnie nie każdy wie, że pan Wallace jest współtwórcą teorii ewolucji. Jego odkrycia  w dziedzinie zróżnicowania gatunków fauny i flory, zamieszkujących oddzielone od siebie o kilkanaście kilometrów wyspy Bali i Lombok, przyczyniły się również do powstania tzw. linii Wallace’aZachęcam do obejrzenia krótkiego dokumentu BBC, w którym mój wielki idol, sir David Attenborough, opowiada o panu Wallace.

Poza słoniami i tygrysami zagrożone są również orangutany sumatrzańskie (Pongo abelii) i nosorożce sumatrzańskie (Dicerorhinus sumatrensis). Dzika populacja tych naczelnych liczy dziś 7 300 osobników, natomiast wielkich nieparzystokopytnych szacuje się na ok. 40 przedstawicieli.

Kawa w dżungli

Ku naszemu zdziwieniu, około 40 minut marszu od wioski, trafiliśmy na hotel i kawiarnię. Nie mam pojęcia, jak to wybudowali. Jedyną drogą tam prowadzącą była ta, którą przyszliśmy. Wszystkie materiały musieli znosić ręcznie, cegła po cegle. A budynek jest spory i naprawdę ładnie wykończony. Pod zachodniego turystę. Wysłuchaliśmy tam historii o dzikich zwierzętach i unikatowej roślinności.

Przewodnik z tego hotelu opowiedział nam również o historii Orangutan Rehabilitation Centre, które zajmuje się leczeniem chorych osobników i wypuszczaniem ich na wolność. Przystosowują również zwierzęta wyzwolone z niewoli do powrotu do lasu. Jeszcze przed trzema laty główną atrakcją Bukit Lawang była platforma do karmienia naczelnych. Turyści jednak żądali zwrotu pieniędzy, bo dzikie zwierzęta nie przychodziły o wyznaczonych porach. W końcu zrozumiano, że nie jest to dobre rozwiązanie dla orangutanów i platformę zamknięto.

Podczas rozmowy dokończyliśmy pyszną indonezyjską kawę (Daniel miał ze sobą portfel – w dżungli) i ruszyliśmy dalej. Oczywiście w drodze powrotnej złapała nas ulewa. Normalka, w końcu to las deszczowy w porze deszczowej!

„Jeżeli jestem małpą, to jestem gorylem. Dzień dobry państwu i rzucam się na szyję.”

…a deszcz zmywa pot!

Faworyt Daniela i mistrz wyjazdu. Na zdjęciu nie wygląda stromo, ale my lewo tamtędy zeszliśmy, tym bardziej, że to samo błoto! Tu widoczna jest maksymalnie jedna trzecia wzniesienia.  Dodam, że nie ma jak wziąć rozbiegu, a gościu odpalił skuter dwa metry przed podjazdem. W Indonezji zrozumiałam, że chłopaki z KTMów niewiele wiedzą o jeździe wyczynowej.

Rzeka Bohorok jest regularnie zanieczyszczana detengertami z prania.

Bukit Lawang

Bukit Lawang

Bat Cave

Pewnego razu wybraliśmy się w kierunku jaskiń. W jedną stronę szliśmy ponad godzinę. Aby się tam dostać, musieliśmy minąć plantacje. Ich widok był przygnębiający. Palma olejowa dosłownie walczy tam o miejsce z każdym innym drzewem. Tam, gdzie nie było zgody na palmę – posadzono kauczukowce. Rzeczywiście, są one mniej szkodliwe. Przy Bukit Lawang rosną pośród innych gatunków drzew, więc przynajmniej nie wyrżnęli wszystkiego w pień. Przechodziliśmy obok ostatniego domu na skraju lasu, skąd za nami wyrwał nastolatek. Wyprzedził nas i przed jaskinią sprzedał nam bilet. Faktycznie, była tam informacja rządowa o biletach, a my dostaliśmy pokwitowanie. Chłopiec zapytał, czy chcemy przewodnika, ale szkoda nam było kasy. Wtedy dodał, że w tych 25 tys. Rp. za wejście wliczone jest jego wynagrodzenie. Ruszyliśmy za nastolatkiem.

Po prawej stronie Daniela Leuser, po lewej plantacje kauczuku.

Kauczuk ściekający po okaleczonym drzewie.

Naczyniem na soki mleczne (czyli lateks, przerabiany później na kauczuk) zazwyczaj jest łupina kokosowa. Nacięcia w korze drzew robi się codziennie rano. Wyjątek stanowi pora sucha. Soki zbiera się z drzew już od metra wysokości. Naczynie napełnia się w ciągu około 6 godzin.

Między skałami wiodła bardzo ciasna i stroma ścieżka. Po chwili stało się zupełnie ciemno. Przezornie wzięliśmy ze sobą czołówki. Zdziwiłam się, jak dobrze było słychać nietoperze. Mam na myśli ich pogaduszki czy świergotanie. Nie bardzo wiem, jak to nazwać. Okazało się, że jaskinia ma ok. 500 metrów długości. W życiu sama nie dotarłabym do końca. Właściwie, to od razu po wejściu myśleliśmy, że dalej nic nie ma. A tu chłopiec nagle gdzieś zniknął i woła nas z małej szczeliny na końcu. Tylko raz było naprawdę klaustrofobicznie. Trzeba było się przeciskać między szczelinami w pionie. Tłuściutki Amerykanin by poległ. Nawet gdybyśmy doszli w jedną stronę sami, chyba nie potrafilibyśmy wrócić. Przesmyk miał wiele wejść, ale tylko jedno nie było ślepą uliczką. Tę trasę trzeba było znać.

Bukit Lawang

Bukit Lawang

Mieszkańcy ciemności

W jaskini jest pełno pająków z rodziny spachaczowatych i skorpionów (Heterometrus longimanus i Heterometrus cyaneus) oraz robali (Scutigera coleoptrata). Słyszeliśmy też o wężach, ale żadnego nie zobaczyliśmy. Żyją tam dwa gatunki nietoperzy, ale nie byłam w stanie określić jakie. Nie znalazłam informacji na ich temat w przewodnikach i encyklopediach. Jedne były malutkie, mniejsze od zaciśniętej pięści, podczas lotu maksymalnie na szerokość 20 centymetrów. Drugie to już były takie nietoperze z prawdziwego zdarzenia. Rozpiętość skrzydeł określiłabym na pół metra. Były ich setki, o ile nie tysiące.

Może ktoś potrafi określić gatunek tego maleństwa?

Eusparassus walckenaeri

U spachlaczowatych (Sparassidae) – jakby były mało odrażające – charakterystyczne jest odbijanie światła przez oczy. Najpierw więc widać błysk na ścianie, potem odnóża. W jaskini można wpaść w paranoję. Wilgoć jest ogromna i każda kropelka odbija błysk latarki podobnie do pająka. Po chwili odnosi się wrażenie, że te ośmionogi są wszędzie dookoła. A że ta grupa pajęczaków nie buduje sieci, trudno je zlokalizować inaczej niż po błysku. Brrrrr… Ach, ten osobnik był wielkości mojej dłoni.

Scutigera coleoptrata

W kałużach na dnie żyły małe ryby, co najmniej dwa rodzaje. Chłopiec powiedział, że to specjalne ryby jaskiniowe, ale nie potrafił nic więcej nakreślić. Natknęliśmy się również na ropuchę (prawdopodobnie Phrynoidis juxtaspera). Ale absolutnym zaskoczeniem dla mnie były gniazda jaskółek (Hirundinidae). Mniej więcej w środkowej komnacie, w najciemniejszym zakamarku roiło się od gniazd z pisklętami. Nie zdawałam sobie sprawy, że jaskółki potrafią tak świetnie nawigować w ciemności – nie docierało tu najmniejsze źródło światła.

Phrynoidis juxtaspera

Hirundinidae

Niestety, było zbyt ciemno i mieliśmy za słabe latarki na zrobienie dobrego zdjęcia. Ale jak się dobrze przyjrzysz, to zobaczysz wlatujące nietoperze. Tu nie wygląda tłocznie, ale uwierz że momentami całkiem przesłaniały światło. Jestem jeszcze młoda i dobrze słyszę wysokie częstotliwości, więc stanie pod tą szczeliną było dla mnie trudne do zniesienia. Piski nietoperzy rozsadzały mi uszy.

Wędrówka po komnatach zajmuje ok. godziny – w zależności od tempa. Ja musiałam zatrzymać się przy każdej istocie, zapytać o lokalną nazwę i dokonać szczegółowego opisu zwierzęcia, by ułatwić sobie późniejszą identyfikację. Mam takie „zboczenie” – uwielbiam przyrodę. Spotkanie nawet z nieznanym mi robaczkiem uwalnia ogromne ilości dopaminy w moim organizmie. Taka już jestem – kocham życie. Po wyjściu na powietrze pokazały nam się jeszcze przecudne ważki (Neurobasis chinensis, Neurothemis fluctuans i Crocothemis servilia).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *