Dżakarta. Zły dobrego początek

Dżakarta. Byliśmy tam krótko – jeden dzień. O jeden za długo… Z założenia stronimy od miast. Nie dla nas betonowe metropolie, tłok, hałas i zgiełk. Ja właściwie szczerze nie cierpię dużych siedlisk ludzi. Męczą mnie nawet zachwalany przez wszystkich Rzym czy „magiczny” Paryż. O Dżakarcie można powiedzieć co najwyżej, że jest głośna.

Jakarta airportLotnisko w Dżakarcie.

Jakarta airport

Damri

Po podróży, która trwała ponad 30 godzin, myśleliśmy jedynie o odpoczynku. Po opuszczeniu terminala lotniska naskoczyły na nas dzikie tłumy taksówkarzy. Niby wcześniej czytaliśmy o chmarach naciągaczy, ale nie byliśmy do końca przekonani, co możemy zastać. I wiecie co? Wcale nie było tak źle. Faktycznie, tubylcy próbują cię przekonać do wybrania ich oferty transportu, ale jak odmawiasz im z uśmiechem i z daleka pokazujesz, że cię to nie interesuje, to dają sobie siana. Przeważnie. Mieliśmy ten komfort, że nasz couchsurfer wytłumaczył nam jak najtaniej do siebie dojechać. Na wszystkich większych lotniskach w Indonezji kursują busy na terminale. Są biletowane, mają stałą cenę, równą dla mieszkańców i turystów, więc płacimy uczciwą stawkę. Głównym transporterem jest DAMRI. Choć pytaliśmy o nie na lotnisku, większość twierdziła, że wydostać można się jedynie samochodem. I nie byli to taryfiarze. Oni wszyscy, widząc białego, dostają jakiejś telepawki na pieniądze. Nie należy się poddawać, Damri istnieją.

Odjeżdżają regularnie co kilkanaście minut. Zazwyczaj od 5 rano do 22. Często bardziej opłaca się kimnąć na lotnisku do pierwszego porannego, niż brać taksę. Za bilet do dzielnicy Slipi Jaya zapłaciliśmy 40 000 Rp. za osobę (taksa od 150 tys. w górę). Generalnie, jak wsiadasz w danym kierunku, to płacisz za dojazd do miejsca docelowego, nieważne gdzie wysiadasz. Przystankiem docelowym naszego autobusu był Gambir. Z przystanku do Ramy (naszego hosta) mieliśmy 2.5 km. Nie dalibyśmy rady przekroczyć sześciu pasów drogi, dzielących nas od „osiedla”, więc zdecydowalismy się na taksówkę. Po co się z tym wszystkim tachać, jak już po 22, jet lag, zmęczenie, upał – dwie minuty i będziemy. W teorii.

Blue Bird Taxi

Te dwie minuty zamieniły się w czterdzieści. Gościu nawet nas nie spytał dokąd jedziemy, a już ruszył. Nie gadał po angielsku, ale mu to nie przeszkadzało. Daniel kilka razy próbował podać mu adres, ale on wiedział lepiej. Zmyliło nas, że taksę złapała nam dobra kobieta z autobusu i rzekomo wszystko kierowcy wytłumaczyła. My wsiedliśmy „na gotowe”. Po 15 minutach, udało mi się uruchomić GPSa w telefonie i na szczęście miałam wczytany wcześniej adres na mapie. Po lewej stronie zobaczyłam „nasze” wieżowce z oddali. Zaczęłam się denerwować, bo wiedziałam, że jedziemy zupełnie gdzieś indziej. Kierowca się zatrzymał i jakoś w końcu zrozumiał, dokąd się wybieramy. Musieliśmy mu mówić, po kolei, w jaką ulicę ma skręcać i gdzie się ustawić na światłach. Kilkakrotnie, na bank celowo, nie trafiał w skrzyżowanie, a droga się wydłużała. Jakimś cudem dojechaliśmy wreszcie niedaleko adresu i postanowiliśmy wysiąść. Ja, ze zmęczenia, zapadałam już w sen na jawie.

Metalem w twarz

Wzięliśmy wszystkie swoje bibeloty i postanowiliśmy zapłacić mu 20 000 Rp., czyli połowę tego, czego od nas zażądał. I wtedy się zaczęło. Ziomek zaczął się drzeć wniebogłosy, a chłopaki z okolicznych stoisk otoczyli nas w kilka sekund. Powiało grozą! Oprzytomniałam. Jak wcześniej nie rozumiał nawet „yes” i „no”, tak w tej chwili przemówił do nas płynnym angielskim. Taki psikus. Zdenerwowało mnie to, jak mało co i zaczęłam tłumaczyć wściekłemu tłumowi, że taksiarz chciał nas oszwabić, skąd i jak długo jedziemy i ile nas to kosztowało. Myślę, że nawet gdyby przewiózł nas przez Bandung, nie zrobiłoby to na nich wrażenia. W pewnym momencie, kierowca sięgnął do bagażnika, wyjął lewarek, zamachnął się i zatrzymał go przed twarzą Daniela. Zapytał: „Do you really want me to do this?”. Wtedy to ja chciałam mu dać chyba całą kasę, zmiękłam totalnie. Właściwie, to wpadłam w panikę. Dawka adrenaliny zaserwowana wtedy przez mój organizm, powinna być zabroniona. Dotoczył się do nas jeden z gapiów spoza kręgu i ostudził trochę atmosferę. Taryfiarz, mimo że dostał już swoją kasę, nadal machał tym metalem i wykrzykiwał hasła, typu: „Indonezja dla Indonezyjczyków”.

Ludzie długo odprowadzali nas wzrokiem. Pikanterii tej sytuacji dodawał fakt samego miejsca. Myśląc o stolicy, wyobrażasz sobie największą cywilizację, jakiej w danym kraju możesz uświadczyć. No, to my byliśmy w czymś pomiędzy slumsami, a blokowiskiem. Uliczki szerokie na dwa skutery, wszystkie drzwi i okna okratowane, handel obwoźny, mało źródeł światła, karaluchy i „wolno oddychająca” kanalizacja w odpływie między budynkami. Ale czego się spodziewać po kraju Trzeciego Świata, w którego stolicy oficjalnie zamieszkuje 9.5 (!) miliona ludzi?

Szok!

Zupełnie niespodziewanie, w domu Ramy, przeżyłam szok kulturowy. W domach, hotelach, we wszystkich pomieszczeniach w Indonezji, chodzi się boso. Generalnie mało rzeczy mnie zraża i nie ruszają mnie skromne, czy wręcz skrajnie biedne warunki, ale… Te łazienki… Z otworem w  ziemi spotkałam się wcześniej w Serbii. Mam świadomość, że są popularne w prawie całej Azji i w większości krajów muzułmańskich. Tym, co mnie zmroziło, było położenie kibelka. Nie rozumiem dlaczego, ale w Indonezji panuje jakiś dziwny zwyczaj budowania wychodków na podwyższeniu. Ludzie nie zawsze w 100% trafiają do otworu, przez co mocz rozpryskuje się po okolicy. Tylko, jeśli jest na podeście, to ciecz spływa niżej i trzeba przez nią przejść. Tak było u Ramy. Przypominam, że chodzi się boso. Brodzenie w cudzym moczu było dla mnie zbyt dużym wyzwaniem, więc zawróciłam na pięcie i przemyciłam klapki. Miejcie je zawsze skitrane w kieszeni!

couchsurfingRama i jego dom.

Jak skuterować?

Sam Rama i jego rodzina byli jak najbardziej w porządku. Już pierwszego dnia pobytu, mieliśmy okazję karnąć się jego skuterkami przez centrum Dżakarty, co zaliczam do najbardziej ekstremalnego wyczynu mojego życia. Na tamtą chwilę nie mieliśmy pojęcia o jeździe w tym kraju, a lewostronny ruch jeszcze mącił. Wtedy trąbienie każdego na każdego co chwilę, wydawało mi się dziwaczne i denerwujące. Po miesiącu w Indonezji wiem już, że ma to swoje zastosowanie! Generalnie zasada jest prosta, jak ktoś jedzie równolegle, idzie poboczem, podjeżdża do skrzyżowania, a Ty trąbisz – nie wpuszczasz. Jeśli tego nie zrobisz, możesz być prawie pewien, że równoległy zajedzie ci drogę, pieszy przejdzie przez ulicę, a ze skrzyżowania wyturla się pod koła. Proste, trąbisz – jedziesz, nie trąbisz – puszczasz.

Jakarta

Jakarta streetDaniel i dosłowny wjazd na chatę!

Jakarta

Jakarta

Jakarta fruit store

taxi in JakartaPostój taksówek.

Jakarta

fruit store Jakarta

fruit market in Jakarta

Jakarta street

Jakarta

Jakarta downtownWidok na centrum miasta.

Moc atrakcji

Podobno największą atrakcją Dżakarty są centra handlowe. Sam Rama bardzo nas namawiał do ich odwiedzenia. Mówił, że ludzie tylko dla nich tu przyjeżdżają. Postanowiliśmy nie sprawdzać i po wycieczce na targ, o zgrozo, ruszyliśmy na wymarzony Ujung Kulon. Warto dowiedzieć się wcześniej, z którego dworca odjeżdża Twój transport. W dużych miastach jest kilka terminali, każdy ze swoim zestawem połączeń. My musieliśmy się dostać do Kalideres. Pora przyjazdu na dworzec jest dowolna, autobusy i tak jeżdżą jak chcą. Mieliśmy farta i po kilkunastu minutach byliśmy już w drodze do Labuhan.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *