Gunung Leuser. Sumatra

Park Narodowy swoją nazwę zawdzięcza szczytowi, o dziwo nie najwyższemu. Góra Leuser (ind. Gunung Leuser) wznosi się na 3 119 m n.p.m. i jest dopiero trzecim pod względem wysokości wzniesieniem w parku. Ponad 40% jego powierzchni wznosi się na wysokość powyżej 1 500 metrów. Park Narodowy Leuser jest największym dzikim obszarem w Azji Południowo-Wschodniej, pokrywa aż 7 927 km2.

Fauna i flora

Żyje tu 246 gatunków gadów i płazów (również krokodyle gawaliowe – Tomistoma schlegelii), 320  gatunków ptaków (m.in. hełmorogi i dzioborożce żałobne – Rhinoplax vigii, Buceros rhinoceros) i 176 ssaków (w tym wspaniałe pantery mgliste – Neofelis nebulosa, mormi złociste – Catopuma temminckii, niedźwiedzie malajskie – Helarctos malayanus, linzangi cętkowane – Prionodon pardicolor i dziwaczne serau białogrzywe – Capricornis sumatraensis). Obszar, który pokrywa park, cechuje niezwykła bioróżnorodność. Nie tylko jest domem wielu gatunków zwierząt, ale i roślin. Jedną z najdziwniejszych jest bukietnica Arnolda (Rafflesia Arnoldii), zwana też raflezją. Roślina słynie z największego kwiatu na świecie, ważącego do 10 kilogramów. Ze względu na swe rozmiary, bukietnica kwitnie przez kilka dni co ok. 10 lat. Przez mieszkańców Sumatry nazywana jest “trupim kwiatem”, ze względu na silną woń zgnilizny, którą wydziela, by zwabić zapylające ją owady. Raflezja wykorzystuje jeszcze jedną sztuczkę – rozgrzewa się do temperatury ok. 38 stopni Celsjusza. Tym sposobem jej woń unosi się na większe odległości, a ona sama lepiej działa na owady, przypominając padlinę.

Termity (Isoptera) przenoszą gniazdo.

Kurczaki

Wyruszyliśmy o świcie. Mieliśmy iść sami, ale dołączyło do nas dwóch Francuzów. Powiedziano nam, że idą tylko na “chicken treck”, jak nazywano kilka godzin w dżungli dla zachodnich turystów. Zirytowało mnie to, bo zdałam sobie sprawę, że będą nas spowalniać. My byliśmy the orangutans, choć marzyliśmy o tigerach, z których w ostatniej chwili zrezygnowaliśmy. Do prowincji Acech i z powrotem idzie się około 10 dni. Jeszcze tam pójdę. Ogromne ulewy i koszty ekspedycji dla dwóch osób wybiły nam z głowy planowany trekking. Z bólem serca wybraliśmy się na trzy dni.

Zadyszka

Jeszcze nie weszliśmy do parku, a już było stromo pod górkę. Pierwszy postój mieliśmy na plantacji kauczukowców. Już tam spotkaliśmy stado endemicznych langurów posiwiałych (Presbytis Thomasi). Jedna samica była nawet z noworodkiem! Małpki rodzą się białe, a po tygodniu zaczynają już siwieć. Na zdjęciach mam mamuśkę już z nieco starszym, ale wciąż maleństwem. Angielska nazwa tych naczelnych brzmi Thomas leaf monkey, od imienia odkrywcy. Gdybym nie czytała wcześniej o tych małpach, pewnie nie zrozumiałabym słów przewodnika przed wyprawą: “If lucky, we meet Thomas deep in jungle”. Tak, jak na makaki się tu gwiżdże, na langury krzyczy się: “Thomas! Thomas! Thomas!”.

Samica langura posiwiałego (Presbytis Thomasi)  z młodym.

Pot lał się z nas strumieniami, z każdej części ciała, a powietrze było tak gęste, jakby się oddychało wodą. Można było noże wieszać. Mogłoby się wydawać, że mokro i gorąco to najgorsze połączenie. Nie, gorzej jest ultra-sucho i gorąco. Przekonałam się o tym między innymi nad Lake Gairdner (Australia Południowa) i w Death Valley (Kalifornia).

Po górce można się spodziewać zejścia, w tym przypadku nie było inaczej. Właściwie cały nasz trekking w Leuser polegał na bardzo stromych podejściach i równie stromych zejściach. Teren jest naprawdę górzysty. Momentami wchodziło się jak po drabinie, chwytając za przypadkowe korzenie (i starając się nie złapać za węża, hehe). Było niebezpiecznie, bo wszystko pokrywało błoto. Ślisko jak cholera! Trudno było się nawet zaprzeć o drzewo przy zejściu, bo warstwa porostów i wilgotna kora ześlizgiwały się z dłoni. Było kilka “gleb”, jedna nawet kaskaderska, ale nikomu nic się nie stało. Przez jakiś czas szliśmy wzdłuż linii ulewy. To było niesamowite, lało dosłownie na wyciągnięcie ręki, a po naszej stronie było sucho. Mieliśmy nadzieję, że wiatr przegna chmury w przeciwnym kierunku. I kiedy przyzwyczaiłam się do warunków, myśląc że nie jest tak źle, nadeszła sroga burza. Ale nie taka burza, jakie są w Polsce. Zwykła burza tam, to jak ostra nawałnica u nas.

Jemy deszczem

Tamto oberwanie chmury wzbudziło lęk nawet wśród przewodników. W minutę (tyle zajęło nam ubranie gumowych peleryn) byliśmy kompletnie przemoczeni. Jakbyśmy wskoczyli z plecakami do jeziora. Pioruny sadziły obok, byliśmy na wzniesieniu. Błysk i huk, bez sekundy przerwy. W oczach przewodników widać było przerażenie. Pora deszczowa to nie jest najlepszy czas na łażenie po dżungli. Od dłuższego czasu szukaliśmy miejsca do jedzenia. Rozpakowaliśmy swoje liście bananowca z ryżem i po kilku sekundach mieliśmy rzadką zupę. Chociaż jedliśmy siedząc w błocie, pochylając się nad posiłkiem, by go osłonić, deszcz zaczął wypłukiwać ziarna ryżu. Przypominało to konkurs na czas – im wolniej jesz, tym więcej deszcz ci zabierze. Jedliśmy oczywiście palcami. Muszę wspomnieć, jak bardzo nieprzyjemne jest uczucie, kiedy nie masz w co wytrzeć rąk. Możesz je wsadzić w błoto, wytrzeć o drzewa lub liście (z robalami), albo o siebie – ale jesteś cały mokry, w błocie i liściach.

Przewodnicy trzęsą się już z zimna, a ja  dojadam ostatki.

Smród w raju

Szokująca była dla mnie postawa Francuza. Mężczyzna nawet w takich okolicznościach nie był w stanie odmówić sobie papierosa. Zawinął się cały pod peleryną, a dym wylatywał mu rękawami i pustym otworem na głowę. Zresztą nasi przewodnicy też palili na każdym kroku, ale przynajmniej wtedy sobie odpuścili. Zapytałam, o co chodzi z tymi fajkami w kraju, każdy wszędzie jara. W autobusach to już się tego znieść nie da. Pali się oczywiście w środku i faja za fają. Andre (młodszy, 23-letni przewodnik) stwierdził, że jak facet nie pali, to jest kobietą. A facet ma być męski. Chłopcy zaczynają nałóg już jako nastolatkowie, by uniknąć szykan społeczeństwa. Pali się wszędzie i co chwila, bo każdemu musisz pokazać, że jesteś prawdziwym facetem. Wypala się tu średnio od jednej do dwóch paczek dziennie. Aż trudno uwierzyć, kiedy widzi się skalę biedy w tym kraju, że tyle pieniędzy wydaje się na używki.

Obóz

Kiedy zeszliśmy do obozowiska, przestało padać. Po kilku godzinach w błocie za kostki. Dasz wiarę? Akurat wtedy! Francuzi z Andre poszli w dół rzeki, by spłynąć do wioski. My zostaliśmy z Monangiem (25 lat) i czekającym na nas w obozie kucharzem. Była 16 i mieliśmy tu już zostać do rana. Byłam zmęczona, ale zasmuciło mnie, że nie idziemy dalej.

Przede mną kuchnia i sypialnia lokalsów, za mną nasz „bungalow”.

Kucharz gotuje wodę z rzeki, by uzupełnić nasze butelki. Obok plandeka „jadalniana” i suszarnia do butów.

Nie od dziś wiem, że chcąc obserwować dziką przyrodę, najlepiej zaszyć się w jednym miejscu i cierpliwie czekać. Zwierzęta same cię znajdą – zawsze. Trzeba jedynie bacznie obserwować i wybrać odpowiednią kryjówkę. Mieliśmy to zrobić później. Teraz nadszedł czas na kąpiel. Kawałek za obozowiskiem była wyżłobiona przez mały wodospad dziura. Nazwana przez tubylców “Jungle Lake”, stanowiła jednak część potoku. Idąc tam mieliśmy przyjemność zachwycać się motylami wielu gatunków (Lexias pardalis, Lamproptera meges, Neopithecops zalmora zalmora, Graphium sarpedon, Tanaecia iapis puseda, Papilio peranthus). Towarzyszyły nam one zresztą wszędzie, nawet w gęstym lesie.

Nope

Choć panował upał, woda była chłodna. Spływała z wysokich szczytów przez zacienione dno lasu. Ciężko było w niej wytrzymać. Zanurzyłam się kilka razy i zmarznięta wybiegłam na brzeg. Wtedy zauważyłam, że Daniel “pluska się” z waranem. Gad co prawda nie przejawiał agresji, ale te jaszczury są tak pewne siebie, że budzi to niepokój. Zastanawiałam się, co może się stać, jeśli przypadkowo stanie się na gadzie w mulistym dnie. Potem wyobraziłam sobie jeszcze żółwie i ich mocne dzioby. Nagle przypomniałam sobie o wszystkich wężach zamieszkujących Leuser. Bez zastanowienia zrezygnowaliśmy z porannej toalety i brodzenia po mieliźnie.

Waran leśny (Varanus salvator).

Płynąc z nurtem, leniwie minął nas największy waran leśny (Varanus salvator), jakiego widziałam. Mierzył ok. 2 metrów i dzieliła nas od niego podobna odległość. Widząc nas zastygł w bezruchu, dzięki czemu mieliśmy okazję dobrze mu się przyjrzeć. Bez pośpiechu wszedł w nadbrzeżne zarośla, obszedł nas nimi i wrócił do wody, powoli kontynuując wędrówkę. W ciągu godziny przeprawiło się tędy kolejnych 5 gadów.

1. Niezidentyfikowany przeze mnie insekt z żółtym odwłokiem.

2. Jak Ola ugania się za tym isektem.

Złodzieje

Wieczór przyniósł nierówną walkę z chciwymi małpami, które pod naszą nieobecność poczęstowały się owocami. Dla zasady postanowiłam odebrać marakuję jednemu makakowi, lub chociaż go przegonić. Gdy podeszłam, stanął na tylnych nogach i rzucił się na mnie. Zupełnie się tego nie spodziewałam! Zero lęku, respektu do większego. Zamiast tego błysnął kilkucentymetrowymi kłami i skoczył ze szponami do mojej ręki. O włos uniknęłam kontaktu z nim, za to przekonałam się jak szybko da się biegać boso po korzeniach. Skubaniec mnie gonił i gdyby nie interwencja kucharza, pewnie by dopadł. Postanowiłam porzucić naukę savoir vivre’u i kontakty z makakami zostawić fachowcom. W międzyczasie kolonia mrówek zdążyła rozgrabić mój przydział ciastek z cukrem i przejąć kubek z kawą. Jedyne energotwórcze stymulanty w dziczy.

Orang utan – człowiek lasu

Cieszyłam się jedynie, że do obozu nie przyszły orangutany (Pongo abelii). Tego dnia widzieliśmy trzy samice z młodymi i dużego samca. Dymorfizm płciowy jest tu bardzo wyraźny. W wielkim skrócie – samce to ogromne tłuścioszki. Ważą nawet do 120 kilogramów, podczas gdy samice nie przekraczają 45 kg i są sporo mniejsze. Ponadto płeć męska posiada talerze policzkowe, nadając im charakterystycznego wyglądu. Ssaki te żywią się głównie owocami i prowadzą dzienny tryb życia. Co wieczór budują nowe gniazda i sypiają w nich tylko raz. Las jest pełen ich opuszczonych “sypialni”. Budzi to ekscytację połączoną z niepokojem. Wiesz, że człowiek lasu może cię obserwować. Wiesz, że bywa agresywny. Wiesz, że jest niesamowicie inteligentny, a Twój plecak stanowi jego cel.

Młody orangutan sumatrzański (Pongo abelii).

Jego mamuśka.

W przeszłości nieodpowiedzialni przewodnicy dokarmiali zwierzynę w dżungli. Chcieli zapewnić maksimum wrażeń swoim klientom. Jak się domyślasz, nie trzeba było długo czekać, aby zwierzęta stały się nachalne i agresywne. Szybko nauczyły się, że w torbach jest jedzenie i zaniechały samodzielnego szukania pokarmu, na rzecz przeganiania turystów. Doszło do wielu pogryzień, złamań kości. W końcu wprowadzono zasady i zrzeszono przewodników, którzy, by wejść z klientem w las, muszą zdobyć specjalne uprawnienia i przeszkolenie. Przy wejściu na teren parku narodowego strażnicy sprawdzają legitymacje wprowadzających i zapisują ilość osób wchodzących do lasu. Małpy jednak nie zapomniały, a ci mniej rozsądni turyści wciąż im o tym przypominają.

Ta samica ma podobno 58 lat. Przewodnicy rozpoznają je już z daleka. Mają charakterystyczne rysy twarzy, są od siebie różne – podobnie jak ludzie.

A to jej młode.

Dwa lata przed naszym przyjazdem taki właśnie turysta trafił się koledze Monanga. Przewodnik ujrzał podopiecznego sięgającego do torby w niedalekiej obecności orangutana. Szybko ruszył w jego stronę, by wyrzucić plecak. Nie zdążył jednak i stanął między torbą a naczelnym. Rozwścieczony samiec złapał go za ramię i poszarpał po ziemi. Wciągnął biedaka na drzewo i obijając o gałęzie, zrzucił go z wysokości 15 metrów na zbocze. Mężczyzna miał szczęście i mimo licznych ran i połamanych nóg przeżył. I tego właśnie samca spotkaliśmy przygotowując się do lunchu. Dlatego jedliśmy w deszczu – nie mogliśmy znaleźć bezpiecznego miejsca na posiłek.

Jest i on. Nasz zły grubasek.

Złodzieje II

Przed wyprawą pytałam o śpiwór, powiedziano mi, że wszystko jest zapewnione i trzeba jedynie wziąć ubrania i wodę. Założyliśmy, że będzie moskitiera. Błąd, nie było. Spaliśmy na karimatach na ziemi, pod folią rozciągniętą na palach. Dostaliśmy świeczkę i herbatę. O 18 było już całkiem ciemno. Padało całą noc i słychać było głośne nawoływania gibonów i Thomasów, cieszących się z nadejścia burzy (podobno zawsze się tak drą jak pada). Zacieniona ziemia się nie nagrzewa, deszcz wychładza, a blask księżyca nie zapewnia ciepła. Okryci jedynie mokrymi ciuchami, w nocy zmarzliśmy.

Po obudzeniu się znalazłam ślady zbrodni. Nasze plecaki z zawartością były rozwleczone dookoła nas. Plastikowa butelka pogryziona. Świeczka… zjedzona. Podobno szczury zawsze kradną świeczki, jak się ich nie schowa. Nie wiedzieć czemu jedzą wosk. Moja mina po usłyszeniu tej informacji musiała być bezcenna. Kucharz pocieszył mnie, mówiąc że u nich też były (mieli swoją własną folię na palach). Powiedział, że nawet nad ranem wyganiał myszy z “kuchni”. Chwilę później widziałam, jak uparcie wyciągał czarne ziarenka z garnka z ryżem. Wiem, że wcześniej ich tam nie było. Postanowiłam nie pytać, uznając zasadę: “czego oczy nie widzą(…)”.

Śniadanie. Naleśnik z kakaem i ćwiartką limetki. Następny posiłek po 4 godzinach trekkingu.

Więcej

Moją uwagę przykuł ruch w koronie pobliskiego drzewa. Spowodowany był drzewolotką sumatrzańską (Hylopetes winstoni)! Wtedy dostrzegłam ją wyraźnie. Nawet nie marzyłam, by ją spotkać – było to mało prawdopodobne. Tym bardziej, że prowadzi nocny tryb życia. Ten gryzoń, w przeciwieństwie do innych przedstawicieli gatunku, nie posiada błony między kończynami. Niestety, znajduje się w czerwonej księdze gatunków zagrożonych wyginięciem jako bliska wyginięcia – CR (ang. critical endangered).

Z rodziny ssaków wiewiórkowatych widzieliśmy również wiewiórczaka trójbarwnego (Callosciurus prevostii) oraz wiewiórkę czarną (Ratufa bicolor). Po południu zbliżyliśmy się do grupy gibonów białorękich (Hylobates lar). Weszliśmy na jeden ze szczytów i równocześnie powiedzieliśmy: “łaaaaał…”. Wtedy Monang powiedział, że to Wow Point, ponieważ wszyscy mówią: “wow”, jak tu wchodzą.

Podczas pobytu w dżungli zaobserwowaliśmy dwie jaszczurki z rodziny agam – zielona Bronchocela jubata oraz drakun olbrzymi – Gonocephalus grandis. Była nawet odkryta przez Wallace’a nogolotka czarnostopa (Rhacophorus nigropalmatus). Wcześniej widzieliśmy tylko opuszczone nadrzewne gniazda – teraz natknęliśmy się na przeprowadzkę termitów (Isoptera). O cziczakach (Hemidactylus frenatus) i makakach orientalnych (Macaca nemestrina) nie będę się rozpisywać. Za to wrzucę zdjęcie gibona białorękiego (Hylobates lar):

Bohorok

Przewodnik spytał, na ile jesteśmy odważni. Głupio odpowiedziałam, że wejdę przynajmniej tam, gdzie on. Wręcz nalegałam na wyzwania. Głupio, bo nieźle się przez to napociliśmy. Żałowałam już po godzinie, a mieliśmy cały dzień na zejście do Bukit Lawang. Skończyło się na pięciu przeprawach przez Bohorok. Dodam, że rzeka była bardzo wartka po ulewach. Trudno było stawiać opór nurtowi. Z brzegu na brzeg było średnio 30-40 metrów, przy czym szło się przynajmniej dwa razy tyle. Woda spychała po skosie, podcinając nogi. Monangowi nurt zerwał but. Mi by nawet nie było szkoda, bo poprzedniego wieczoru kucharz spalił podeszwę w moim. Chciałam je wysuszyć nad ogniem, ale niechcący wpadły mu do ognia. Jakimś cudem nie przeciekają (jeśli się nie chodzi w rzece), są tylko lekko zdeformowane. Taka pamiątka z Sumatry.

Do wioski spływaliśmy ponad godzinę, zabawa była przednia. Rzucało nami na wszystkie strony i obracało tyłem do nurtu rzeki. Siedzieliśmy w czwórkę (z kucharzem) na trzech związanych dętkach traktorowych. Naszą obronę przed skałami stanowiły dwa patyki, którymi tubylcy się od nich odpychali. Dużo frajdy – pontony są dla słabych!

Gdy zostaliśmy sami w dziczy, czekając aż nasz przewodnik sprawdzi, czy nurt rzeki jest „przekraczalny”, odwiedziła nas kolejna rodzina orangutanów. Było to chwilę po tym, jak zaczynaliśmy wątpić w powrót Monanga. 

Monang jednak po nas wrócił i rozpoczęła się walka z wodą.

Z rozdartym sercem rzuciłam ostatnie spojrzenie w stronę Leuser. W pół godziny się spakowaliśmy i pobiegliśmy na autobus do Berastagi.

4 odpowiedzi do “Gunung Leuser. Sumatra”

  1. Łaaaał! Bardzo fajnie, że od razu za łacińskimi nazwami są linki i można szybciutko podejrzeć jak wyglądają opisywane przez Was zwierzaki. 🙂
    Więcej zdjęć! 🙂

  2. Te małpy są tak sympatyczne, że chciałoby się nawiązać z nimi kontakt! Zdjęcia takie prawdziwe i piękne:) Życzę kolejnych szalonych podróży i równie ciekawych relacji, które czyta się z wielkim zainteresowaniem! Pozdrawiam:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *