Ijen. Niebieskie języki siarki

Na Jawie jest takie jedno miejsce, które budzi w człowieku skrajne emocje. Zarówno piękne, niebezpieczne i bardzo, bardzo smutne. Słynie ono z dwóch powodów. To jedyny na świecie punkt, w którym można zaobserwować wspaniałe niebieskie ognie, towarzyszące spalaniu się siarki. Po drugie – jest jedną z najniebezpieczniejszych i najbardziej niewdzięcznych stref pracy na świecie. Wulkan Ijen.

Punkt wypadowy

U stóp Ijenu leży miasto Banyuwangi. Zanim tam dotarliśmy, zdążyliśmy zasięgnąć informacji, gdzie najlepiej się zatrzymać – wypadło na Kampung Osing Inn. Miejsce naprawdę godne polecenia – czysto, jest kawa i żadnych zastrzeżeń do obsługi. W tym małym hostelu można dowiedzieć się wszystkiego, co potrzebne, żeby zwiedzić Ijen i masę innych atrakcji w okolicy. Żeby zobaczyć wulkan (oczywiście po kosztach), chcieliśmy wynając ojeka albo nawet pójść pieszo. Okazało się jednak, że zebrała się już grupa trzech osób, chętnych na wynajęcie jeepa, więc – nie dokładając wiele –  dołączyliśmy do wycieczki.

Zbiórka – ustalona na pierwszą w nocy – nie przebiegła bez zakłóceń, ponieważ zwyczajnie zaspaliśmy po wielu godzinach w podróży i zaledwie trzech snu. Zebraliśmy się jednak w pięć minut i ruszyliśmy w drogę. Pod samym wulkanem jest parking, na którym się zatrzymaliśmy. Trzeba zauważyć, że po drodze nie ma żadnych utrudnień w rodzaju ciężkiego terenu czy super stromych podjazdów. Słowem nie ma niczego, co byłoby problemem dla skutera z dwójką ludzi. Nie rozumiem więc, dlaczego wycieczki są organizowane wyłącznie jeepami z kierowcą.

Droga na szczyt

Z parkingu na krawędź wulkanu prowadzi kręta i niezbyt wymagająca ścieżka, którą bez problemu pokonują niedzielni turyści. Ciekawostką jednak jest, że spotkaliśmy po drodze grupy, które wynajmowały lokalnych tragarzy do wniesienia nie tylko bagażu, ale też ich samych! W praktyce wyglądało to tak, że na wózku, na stercie plecaków leżała sobie pani, która była niejako wwożona na sam szczyt wulkanu. Trudno powiedzieć, czy te osoby były chore lub niedomagające. Sprawiały wrażenie, jakby była to ich fanaberia a nie konieczność.

Weszliśmy na samą górę dość żwawym tempem i stanęliśmy nad urwiskiem. W ciemności nie byłem pewien czy to koniec drogi i po prostu na coś czekamy, czy faktycznie trzeba zejść w tę przepaść. Kierownik tej wycieczki poprowadził nas w kierunku ścieżki i zaczęliśmy powoli stawiać stopy na kolejnych głazach schodząc w dół. Bez czołówek zejście tą ścieżką skończyłoby się pewnym skręceniem kostki. Nie jest to może jakiś nieprawdopodobnie trudny teren, ale łatwo trafić na obluzowany kamień i wywrócić się przez nieuwagę. Bez latarki ani rusz.

Mimo że wiedziałem ile waży cały ten kosz, to i tak kawał siarki, który próbowałem podnieść wydał mi się o wiele cięższy niż się spodziewałem.

Górnicy wolą pracować w nocy, bo jest chłodniej i nie ma zbyt wielu turystów, którzy przeszkadzają w normalnej pracy.

Wewnątrz krateru

Dotarliśmy wreszcie na dół, po drodze mijając górników uginających się pod ciężarem wydobytej siarki. Dźwięk towarzyszący ich oddychaniu można porównać do dziurawego miecha kowalskiego. Albo odgłosów zombie na przykład. Na dole zobaczyliśmy to, po co tu przyszliśmy, czyli zapierające dech w piersiach języki niebieskiego ognia, wydobywające się wprost ze skały znajdującej się przed nami. Wrażenie jest niesamowite, nierealne. Na grzbiecie siarkowego wzgórza płomienie mają do 5 m wysokości, a temperatura przekracza 600 stopni Celsjusza. Strumienie siarki płyną do jeziora, rozświetlając zbocze.

Najcięższa praca na świecie

Do rzeczywistości jednak przywołują ostre odgłosy uderzeń o skałę. W złoża siarki wbite są metalowe rury, a w kontakcie z nimi gaz skrapla się. Siarka w formie płynnej, wychładza się na ziemi, na którą spłynęła. Przechodzi w formę stałą – żółte i twarde bryły. Na dole, w gryzących oparach, stoją pomarszczeni górnicy i czekają aż świeża siarka zastygnie. Wtedy uderzają prętami w powstały język i odłupują kolejne kawałki, wkładając je następnie do swoich koszy. Taki kosz waży zwykle około 80 kg czyli tyle, co dorosły człowiek. Należy pamiętać, że Indonezyjczycy mają z natury dość niewielkie rozmiary, co podnosi poziom trudności.

Opary są naprawdę ciężkie do zniesienia, szczególnie będąc tak blisko.

Poranek odkrył przed nami całkiem nowe widoki.

Gdy kosze są pełne, górnicy ruszają w stronę wioski, oddalonej o 5 km od krateru. Droga jest bardzo uciążliwa nawet dla osób bez żadnego obciążenia. Trudno więc sobie wyobrazić jak ogromny jest to wysiłek dla niewielkich Indonezyjczyków z płucami przeżartymi siarką i pod sporym obciążeniem. Miejsce wydobycia siarki do krawędzi wulkanu dzieli odległość ok. 150 metrów. Górnikom przejście trudnego technicznie dystansu zajmuje od jednej do dwóch godzin. Dramatyzmu dodaje fakt, że za taki transport można dostać ok. 70 000 rupii, co w czasie naszego pobytu przekładało się na jakieś 20 zł. Jedna osoba jest w stanie wykonać maksymalnie trzy takie kursy dziennie, choć najczęściej ograniczają się do dwóch.

Ten człowiek jest przed czterdziestką…

„mani, mani mister”

Górnicy, wykonujący tę pracę regularnie, umierają podobno około trzydziestego piątego roku życia ze względu na skrajnie niebezpieczne warunki i wdychanie oparów siarki. Powstaje pytanie: “Dlaczego ktoś miałby się tym zajmować za 40-60 zł dziennie?”. Jest to jedna z najbardziej dochodowych rzeczy, jakie można robić w całej Indonezji. Nie wiem ile tak naprawdę się tam przeciętnie zarabia nie będąc wykwalifikowanym pracownikiem, ale stawka „na wulkanie” musi być naprawdę kusząca.

Maski, które dostaliśmy były tak słabe, że równie dobrze mogliśmy osłaniać się chustką na szyję.

I stała się jasność

W miarę rozpraszania się mroku zaczęliśmy dostrzegać coraz więcej szczegółów krajobrazu. Miejsce niebieskich zastąpiły pomarańczowo-brązowe płomienie. Są trudne do wychwycenia, widać je przez chwilę o wschodzie i zachodzie słońca. Następnie oczom ukazało się ogromne, nienaturalnie błękitne jezioro, wypełniające środek krateru. W jego skład wchodzą duże ilości kwasu siarkowego w wysokim stężeniu, co powoduje niezwykle intensywny odcień. Na wschodnim zboczu wulkanu znajduje się tama, którą spuszcza się siarkowe wody do rzeki. W ten sposób unika się niekontrolowanego przelania jeziora w porze deszczowej, co powoduje ogromne straty w rolnictwie.

Najbardziej dokuczliwym elementem całej wyprawy były niesamowicie gryzące opary siarki, wydobywające się z miejsc, w których wcześniej widzieliśmy płomienie. Siarka wgryzała się w ubranie, osiadała na skórze i rzęsach, powodując narastające pieczenie oczu. Dopóki wiatr pchał opary w przeciwną stronę, było fantastycznie choć wciąż śmierdząco. Co jakiś czas jednak dało się słyszeć okrzyki ostrzegawcze, żeby ukryć twarz albo przynajmniej obrócić się tyłem do wiatru.

Zwróć uwagę na drobinki siarki pokrywające jego rzęsy i włosy. 

Powrót

Pokręciliśmy się jeszcze chwilę obserwując pracę górników i zebraliśmy do powrotu. Droga powrotna przebiegła bez niespodzianek. Minęliśmy kilku zziajanych mężczyzn z koszami i dotarliśmy na krawędź wulkanu. Po drodze obserwowaliśmy podziwialiśmy wspaniałe widoki, które ominęły nas w ciemności. Górnicy, którzy zakończyli nocną zmianę, pchali już swoje wózki wypełnione urobkiem do punktów skupu. Siarka w przetwórni jest gotowana w specjanych kadziach i fitrowana. Ostudzony płyn wylewa się na zlaną chłodną wodą posadzkę. Po zastygnięciu siarka jest kruszona i pakowana do eksportu. Wykorzystuje się niemal wszędzie: od przemysłu kosmetycznego po zbrojeniowy.

Załadunek wyniesionych z krateru kawałków siarki.

2 odpowiedzi do “Ijen. Niebieskie języki siarki”

  1. Szukalem w necie jak krecic lolki i przez przypadek trafilem na Wasza strone:) I w zasadzie chyba nie musze juz niczego krecic ani palic dzisiaj. Te zdjecia jak w ultrafiolecie sa obledne ????

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *