Święty Patryk, koniczyna, Guiness i… palmy. Irlandia Północna

Irlandia Północna jest maleńka. Jej obszar  zamyka się w ok. 140 km z północy na południe i ok. 180 km ze wschodu na zachód (w najbardziej odległych punktach). Kontrolowana przez Wielką Brytanię, wchodzi w skład Zjednoczonego Królestwa.

Jazda

Drogi są tu w bardzo dobrym stanie, miasta skomunikowane, a podróżowanie to pestka. Nie pozostało nam nic innego jak wynająć samochód i ruszyć “w długą”. W drodze z lotniska zgarnęłyśmy Racquel – byłą studentkę mojej siostry, która pracuje w miejskim warsztacie graficznym. To dzięki niej znalazłyśmy się w Belfaście. Mając niewiele czasu, szybko zebrałyśmy się do Carrickfergus. To jedno z miejsc tzw. “po drodze” – skoro i tak przejeżdżam, to się zatrzymam. Poza małym zamkiem z atrapami żołnierzy w oknach i zaśmieconym portem, miejscowość oferuje widok na elektrownię.

W Glenarm przed naszym przyjazdem rozegrał się prawdziwy dramat dziecięcy. Widzisz tę ostrą różową plamkę?  Tak, to jest trójkołowy rowerek. Leży. W korycie rzeki. Ktoś był niegrzeczny!

Zza kierownicy kilka razy zauważyłam rośliny palmowe. Wydawało mi się to niezłym żartem, ale jak przekonałyśmy się potem – one były wszędzie. Ludzie masowo sadzili sobie w ogródkach palmy. Bez kitu, to moje największe odkrycie w Irlandii Północnej!

Raj roślinożerców!

Postanowiłyśmy trochę pobłądzić po okolicy, podążając za ciekawie wyglądającymi zakrętami. Dotarłyśmy do magicznego lasu. Co by nie powiedzieć, zieleń jest najpiękniejsza na północy! Czy mam na myśli szwedzkie polany, norweskie górki, kanadyjskie lasy, czy irlandzkie pastwiska – tu zawsze jest “soczyście”. Racquel narzekała trochę na znienawidzoną przez nią “angielską pogodę”, ale to dzięki tej wilgotności roślinność zyskuje. Poza tym, nie było wcale tak źle. Prawda, pada codziennie, ale nie bez przerwy. Przynajmniej lata nie są tak gorące, a zimy takie mroźne, jak w innych szerokościach geograficznych.

 

Widok na Wyspę Rathlin.

Money, money, money

Wreszcie dotarłyśmy do portu, z którego wypływają promy na Wyspę Rathlin. Tak bardzo mi na niej zależało! Wymarzone miejsce do obserwacji ptaków morskich z rodziny alk (Alcidae), fok pospolitych (Phoca vitulina) i szarych (Halichoerus grypus), butlonosów (Tursiops), a nawet orek (Orcinus orca). Niestety, miałyśmy zbyt mało czasu, żeby w spokoju przejść wyspę wzdłuż i wszerz. Ostatni prom wracał godzinę od naszego ewentualnego przyjazdu na wyspę. Poza tym bilety kosztowały po 12 funtów od łebka, a dodatkowo naliczano opłatę wstępu na wyspę. Jak odkryłam później, cała Irlandia Północna narzuca złodziejskie wręcz ceny za możliwość przejścia się w pięknym miejscu. Tego typu praktyki były mi znane z Indonezji, ale po cywilizowanym kraju europejskim tego się nie spodziewałam.

Kładka

Most linowy Carrick-a-Rede jest jedną z dwóch największych atrakcji turystycznych w kraju. Około dwudziestometrowa linowa konstrukcja łączy wyspę Carrick z lądem. Wstęp na most kosztuje 7 funtów od osoby i przy sprzedaży zastosowano ciekawy trik. Kasa znajduje się kilometr wcześniej, a jej ustawienie sprawia wrażenie, że nie można przekroczyć jej linii bez biletu. W taki sposób wprowadza się konsumenta w błąd. Biletowane jest wyłącznie przejście przez most, którego historia sięga 350 lat wstecz. Zbudowano go ze względu na przepływające koło wyspy łososie, jednak w 2008 roku został skonstruowany od nowa. Koszt budowy pod przemysł turystyczny wyniósł 16 tysięcy funtów. Nieźle, co?

Przechadzka wzdłuż klifów jest urokliwa, całą drogę można podziwiać imponującą linię brzegową. Gęsta mgła co chwila pojawia się i znika, raz odsłaniając, to znowu chowając w chmurach widok na Szkocję. Most mnie jednak rozczarował. Co nie zmienia faktu, że okoliczności przyrody były wspaniałe. Może dlatego, że biegałam i skakałam po mierzącym 150 metrów długości Capilano Suspension Bridge w Vancouver, 70 metrów nad ziemią. Niestety, na Carrick-a-Rede najpierw długo czekałyśmy w kolejce, później poganiano nas i kazano przejść wszystkim na raz. Zabroniono nawet zatrzymania się na moście w celu zrobienia zdjęcia, a mnie okrzyczano, że trzymałam się tylko jedną ręką. Ale szczerze, żeby spaść z tego mostu, trzeba by celowo wyskoczyć.

W przypadku ptaków, udało mi się tu zaobserwować kilka gatunków. Były to alki zwyczajne (Alca torda), nurniki aleuckie (Cepphus columba), nurzyki zwyczajne (Uria aalge), nurzyki polarne (Uria lomvia) oraz mewy srebrzyste (Larus argentatus).

Lawa

Giant’s Causeway, w polskim tłumaczeniu “Grobla Olbrzyma”, to imponująca formacja skalna. Tworzą ją sześciokątne słupy bazaltowe. Ich powstanie wiązało się z erupcją wulkaniczną. Tak naprawdę to nic innego, jak lawa, która popękała na skutek stygnięcia. Na miejscu mamy do wyboru kilka szlaków. Parking jest płatny, a w okolicy nie ma innego miejsca do zostawienia pojazdu. Jest jednak na to sposób – wystarczy przyjechać po godzinie 17. Opłaty nie są wtedy pobierane, bo kasy kończą pracę. Nie ma też tylu turystów. Wjeżdżając minęłyśmy kilka opuszczających teren autobusów. Na szczęście. A przyjechać do kraju i nie wybrać się w to miejsce, to tak jakby w ogóle w nim nie być.

 Wszyscy mają zdjęcie – mam i ja!  Jedyny ślad mojej obecności na wyspie.

 Pliszka siwa (Motacilla alba).

Dunluce Castle to tak naprawdę jedna z wielu bardzo do siebie podobnych ruin.

Gra o tron

Dla miłośników serialu (którego ja nie oglądałam) rozdawane są specjalne przewodniki z “planem zdjęciowym serialu”. Patrzyłam na to z niedowierzaniem. Ludzie mają na tym punkcie obsesję. Kobieta w informacji zaczęła nam opowiadać, że tu i tu jest zamek, w którym ktoś tam zrobił coś tam, tam kręcili kłótnię tego z tym, a z kolei tutaj była scena z tą i tamtą aktorką. Posłałam jej spojrzenie z serii “dokąd ten świat zmierza” i wyłączyłam słuchanie. Ania z Racquel oglądały serię, ale też nie były tym szczególnie zainteresowane. Ufff…

Bukowa aleja

The Dark Hedges (ang. mroczny szpaler) jest bez wątpienia najbardziej rozpoznawalnym miejscem w Irlandii Północnej. Nic dziwnego, olbrzymie drzewa tworzą ze swoich konarów magiczny tunel. Podobnych alei jest jednak sporo. Taka była kiedyś tradycja, że drogę do posiadłości obsadzano drzewami. Część z nich została prawie nienaruszona, tak jak w przypadku The Dark Hedges. Droga obecnie prowadzi do klubu golfowego. Powiem Wam jednak, że na zdjęciach wygląda nieco lepiej niż na żywo. W internecie znajdziecie mnóstwo ujęć zrobionych obiektywami o długiej ogniskowej. Co to oznacza w praktyce? Że tło zostaje powiększone i przybliżone. Racquel była tu już czwarty raz i nie kryła rozczarowania. Kilka tygodni przed naszym przyjazdem wyspę nawiedziły silne burze. W efekcie wiele drzew straciło sporo gałęzi, a niektóre zostały całkowicie powalone. Hiszpanka powiedziała, że jak była tu ostatnim razem, to zrobiła: “wow”, a teraz zastanawia się jedynie, czemu jest tak rzadko?

Przerzedzone po wichurze drzewa i Raquel.

Pomocy!

Południe

Dwa dni później pojechałam z siostrą na południe. Chciałyśmy zobaczyć Murlough Nature Reserve. Po raz kolejny postanowiłyśmy też pobłądzić po okolicy. W efekcie dotarłyśmy na piękną plażę. Ostatecznie wylądowałyśmy jednak w Tollymore Forest Park. I to był strzał w dziesiątkę! Miejsce jak najbardziej godne odwiedzenia, z cudownym lasem, arboretum i oczywiście zwierzętami. Trochę lekkomyślnie wybrałyśmy się na długi trekking, choć było już późno. Wracałyśmy we mgle w półmroku, co nie było przyjemne. Z całkowitej ciemności wyskoczyły przed nami jakieś jelenie, co prawie przypłaciłam zawałem. Mapka, którą dostałyśmy przy wjeździe, nie uwzgędniała chyba połowy dróg, przez co byłyśmy skołowane na kilku rozdrożach. Zrobiłyśmy porządny trekking i udało nam się wrócić do samochodu dosłownie na dwie minuty przed całkowitym zmrokiem.

Cała plaża usłana była takimi dziwnymi kupkami z piasku. Udało nam się nawet zauważyć wydobywanie się go na żywo. Przypuszczam, że za sprawą jakichś robaczków, ale szczerze nie mam pojęcia o co w tym wszystkim chodziło.

Cave Hill

Ostatniego wieczoru, razem z Racquel i jej chłopakiem, wybraliśmy się jeszcze na Cave Hill. Jest to wzgórze z jaskiniami na obrzeżach Belfastu. Lało jak z cebra. Nie wzięłam aparatu , czego później bardzo żałowałam. Pogoda jednak szybko się poprawiła, a widoki były warte śliskiego podejścia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *