Jak tanio dostać się na Kelimutu?

Kelimutu to wulkan położony na wyspie Flores, ok. 40 km w prostej linii na północny wschód od miasta Ende. Miejsce to słynie z trzech różnokolorowych jezior wulkanicznych, położonych w sąsiadujących kalderach. Jeziora zmieniają swe barwy nieregularnie – czasem co kilka miesięcy, czasem tygodni. Naukowcy, może nawet ci amerykańscy, przypuszczają, że dzieje się tak ze względu na gazy i minerały wypełniające niecki wulkanu. Pierwiastki zawarte w gazach przedostają się do wody, barwiąc ją na różne kolory. Wrażenie jest niesamowite, tym bardziej kiedy porówna się widok z tablic informacyjnych dostępnych na miejscu.

Jak dojechać?

Po wylądowaniu w Ende skierowaliśmy się w stronę wyjazdu z miasteczka, gdzie podobno miał znajdować się terminal autobusowy. Terminal okazał się być pustym placykiem z paroma ławkami pod dachem. Od razu dopadło nas kilkoro ludzi wietrzących interes w białych przybyszach. Powtarzali o braku autobusu w tym dniu, ale oni na szczęście mogli nas zawieźć za horrendalną sumę wprost do Moni (baza wypadowa na Kelimutu). Podziękowaliśmy ładnie, ale chyba nie zrozumieli. Po czasie zjawił się większy samochód z paroma osobami w środku i zaproponowano nam przejazd za równie śmiesznie wysoką stawkę. Chyba 100 000 Rp na głowę, ale dokładnie nie pamiętam. Dystans dzielący miejscowości wynosi 50 km. Przez jakieś pół godziny twardo czekaliśmy na autobus, nie zwracając uwagi na namowy kierowcy i jego koleżków. Po wielu “Misterach” i “Missisach”, pojechaliśmy za 40 tys. od łebka. Sukces, znów nie daliśmy się naciągnąć na kasę!

Moni

Do miejscowości dotarliśmy po dwóch godzinach przyprawiającej o mdłości, krętej drogi wijącej się wokół tytułowego wulkanu. Tam oczywiście kierowca, mimo naszych sprzeciwów, wysadził nas pod domem swojego znajomego oferującego noclegi. Nie daliśmy się nabrać i na własną rękę ruszyliśmy w poszukiwaniu dobrej oferty. Niedługo później, po kolejnych zawiłych negocjacjach pełnych gestów i przekonywań, wynajęliśmy pokój za 100 000 + śniadanie za 20 000 Rp dla naszej dwójki. Była to wyjątkowo dobra cena jak na Flores. Naszym sprzymierzeńcem była pora deszczowa i całkowite pustki w osadzie turystycznej. Generalnie noclegi w Moni zaczynają się od 200 000 rupii! Było dość obrzydliwie, ale przecież mieliśmy tylko się przespać i ruszać w drogę. Umówiliśmy się, że rano gospodarz wypożyczy nam skuter na cały dzień (za dodatkowe sto tysięcy).

 

Dyskryminacja

Okazało się, że można podjechać asfaltową drogą praktycznie pod sam szczyt! Nie ma się zatem co spodziewać wyzwań, trudnych podejść  czy marszu w dziczy. Podjechaliśmy w miarę niezłym asfaltem na parking. Ola była rozczarowana. Po drodze musieliśmy minąć bramkę wjazdową do Parku Narodowego, gdzie był wywieszony cennik biletów i tu uważajcie: jak wiadomo z poprzednich wpisów, w Indonezji biały zawsze płaci o wiele więcej, no bo biały to pieniądze. Wydawało nam się jednak, że jest to zasada niepisana i obowiązuje na targach, w sklepach i generalnie tam, gdzie prywaciarz chce wyciągnąć jak najwięcej, normalka. Jakie było nasze zdziwienie, kiedy zobaczyliśmy, że w oficjalnym cenniku wywieszonym za szybą widnieje “150 000 Rp foreign tourist” i obok “5 000 Rp domestic tourist”. Przegięcie. Sto pięćdziesiąt tysięcy versus pięć tysięcy. To chyba jakiś żart! Wyprowadziło nas to z równowagi, nie powiem, ale nie po to tu jechaliśmy taki kawał, płaciliśmy za samolot i noclegi, żeby teraz odjechać przez 300 000 Rp. Jest to dokładnie przemyślane działanie, ale “co zrobisz, jak nic nie zrobisz?”.

Kelimutu

Spod parkingu, spowitą gęstą mgłą dżunglą, przeszliśmy dosłownie kilkaset metrów. Mimo to, spacer był niesamowity, gdyż na szlaku byliśmy jedynymi turystami, a widoczność była ograniczona do kilku metrów. Słyszeliśmy tylko nasze kroki, oddechy i mnóstwo ptaków! Wyłaniające się z mgły paprocie muskały nas po rękach i nogach. Można było poczuć się jak w horrorze. Dotarliśmy do urwiska. Na jego skraju znajdowała się gruba i solidna barierka, która akurat wtedy odgradzała nas wyłącznie od białej ściany mgły. Za nią znajdowało się Tiwu Ata Mbupu (jezioro dusz przodków), tuż obok Tiwu Nuwa Muri Koo Fai (jezioro młodych dusz). Byłem zły, że cała ta droga na Kelimutu okaże się niepotrzebna, bo zobaczymy tylko chmury, ale z pomocą przyszła Żona. Stwierdziła, że to chwilowe i zaraz będzie wszystko widać. Zresztą chyba stałaby tam nawet tydzień do poprawy pogody. Ale pogoda zmienia się tu na szczęście błyskawicznie.

Jeziora można oglądać z kilku miejsc przeznaczonych dla turystów. Jedno z nich, to główne, znajduje się w najwyższym punkcie i prowadzą do niego schody. Podczas naszego pobytu, wszystkie jeziora miały akurat kolor niebieski, ale w różnych odcieniach. Dwa “bliźniacze”, leżące najbliżej siebie jeziora były kolejno bladobłękitne i turkusowe, trzecie Tiwu Ata Polo (złych dusz) ultramarynowe. Dwa miesiące wcześniej pierwsze było czarne, drugie czerwone, a trzecie bez zmian.

Lokalni wierzą, że do tych właśnie jezior trafiają ich dusze po śmierci. A na temat samego wulkanu krąży wiele legend. Dość długo kontemplowaliśmy widoki rozpościerające się przed nami. Pozostałości chmur i opary wydobywające się ze szczelin w skałach tworzyły interesujące widowisko, kiedy przesuwały się nad różnobarwnymi akwenami.

Arboretum

Wracając ze szczytu na parking, naprawdę warto przejść się po 4.5 hektarowym Ogrodzie Botanicznym. Znaleźliśmy się tam poza sezonem i być może dlatego wszystko było strasznie  zarośnięte. Taka mini dżungla, z ukrytymi w zaroślach ławkami. Właśnie to podobało mi się w całym tym ogrodzie najbardziej. Tabliczek z nazwami roślin prawie nie było widać, ale jakoś nie stanowiło to dla nas problemu.

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się przy kilku wodospadach i gorących źródłach. Żadna z tych rzeczy nie była imponująca, ale za to prowadzące do nich nieoznakowane ścieżki bardzo!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *