Koszmar Labuhanu

Jechaliśmy do Labuhanu. Pierwsza podróż autobusem w Indonezji wiele mnie nauczyła. Przede wszystkim nie ma limitu miejsc. Autobus nie odjedzie, jeśli wszyscy nie wsiądą. Nawet jak na jednym siedzeniu znajdują się dwie osoby, znajdzie się miejsce dla trzeciej. Z ogromnym zaskoczeniem obserwowałam trzydzieści nastolatek w mundurkach, wchodzących do pojazdu bez wolnych miejsc stojących (prawda). Na następnym postoju dosiadło się jeszcze kilka osób. A najbardziej zapchane przejście między fotelami nie stanowiło przeszkody dla obnośnych sprzedawców. Kupić możesz wszystko. Od schłodzonej coca-coli, przez rozmaite przekąski (słodkie i słone), po ciepły obiad i długopis z latarką.

W autobusie nie odpoczniesz. Co chwilę ktoś do niego wskakuje i z niego wypada. Całą drogę ludzie próbują wcisnąć Ci banany i gumy do żucia. Wsiadają niepełnosprawni i żebracy. Młodzież gra i śpiewa, a szaman odprawia modły swojego plemienia. Cyrk na kółkach nabiera nowego znaczenia. 

Miły Pan

Założenie było takie, żeby dostać się najbliżej (a najlepiej do) Taman Jaya. Tam planowaliśmy wynająć przewodnika i ruszyć w dżunglę. Naiwnie, nie zdawaliśmy sobie sprawy, że podróż tylko do Labuhan zajmie nam 7 godzin (150 km!). Była już ciemna noc. Przed samą miejscowością dosiadł się do nas dziwny koleś. Zagadywał, opowiadał kawały, nadmiernie się nami interesował. Próbowaliśmy go zbyć, ale nie dawał za wygraną. Taki pomocny, powie nam gdzie wysiąść. Po kilkunastu minutach wygadał się, że organizuje wycieczki do parku narodowego. Zaproponował nam prawie 6 mln. rupii za trzydniowy pobyt. Oszalał! Powiedziałam, że rozejrzymy się na miejscu i może do niego wrócimy. Ale on się nie poddawał. Zapisał nawet swój numer telefonu. Zakończyłam to, mówiąc: “we’ll see”.

Nasz współpasażer był chyba dobrym kolegą kierowcy, bo bardzo sobie śmieszkowali. W pewnym momencie pojazd stanął, a nasz były rozmówca powiedział, żebyśmy wysiedli. Zaprotestowałam, bo mieliśmy jechać do ostatniej stacji, a w busie wciąż byli ludzie. Kierowca nie ruszał, a chłop za bardzo nalegał. Pytaliśmy ludzi czy to Labuhan, i czy to ostatnia stacja, a wszyscy potwierdzili, jak jeden mąż. To czemu nie wysiadali? Cała ta sytuacja była zagadkowa, ale wyglądało na to, że nie mamy wyjścia. Jak tylko autobus odjechał, wszystko stało się jasne. Pan Lokals, bo tak będę nazywać w dalszej części gadułę z autobusu, okazał się być właścicielem hotelu. Czysta podłoga, klima, internet, prysznice! Chciał od nas 240 tysięcy, ale więcej niż 120 nie chcieliśmy dać.

Więcej niż jeden hotel

Nie chciałam tam nawet zachodzić, ale Lokals nas tak osaczył, że się nie dało. Kiedy mu odmówiliśmy bardzo się zdenerwował, twierdząc że to jedyny hotel w mieścinie. Po chwili przypomniał sobie jeszcze o drugim i postanowił nas tam zaprowadzić. Znowu był taki miły… Opowiadał nam, że jest bosem tej miejscowości, że wszyscy go znają. Kurde, serio, każdy do niego machał i się z nim witał. Lokals wyglądał na ważną osobę w społeczności. Po dotarciu na miejsce, zmienił się trochę ton jego wypowiedzi. Miejscówka była bardzo brudna. Lokals prowadził nas dalej, zaglądając kolejno do następnych pokoi. Wyglądało to, jakby celowo odrzucał te “czystsze”. A cena każdego była taka sama. W końcu znalazł odpowiedni. Najbardziej obleśny, najmniejszy, na końcu korytarza. Chciałam, żeby już sobie poszedł i udałam zadowolenie. Rzuciłam plecak na brudne łóżko i powiedziałam, że zostajemy.

Lokals się denerwuje

Co jak co, ale interesy Lokals cenił najbardziej. Jak ta wyprawa za 6 milionów? Bardzo grzecznie wytłumaczyliśmy, że nigdzie z nim nie jedziemy. Wpadł w szał. Zaczął się drzeć, że twierdziłam że jedziemy i że to wszystko to moja wina. Kazał wyrwać z notesu kartkę ze swoim numerem telefonu i sobie oddać. To było dziwne. Danielowi włączył się samiec alfa, kiedy Lokals zaczął mnie szturchać. Biznesmen zarządał od nas 500 tysięcy za przyprowadzenie do hotelu. Nie dość, że się przypałętał jak bezdomny pies i nie dało się go pozbyć, to mieliśmy za to płacić?! Szaleństwo. Trwało to dobre pół godziny, byłam pewna, że komuś stanie się krzywda. Nikt by nas tam nie usłyszał. Próbował nas zamknąć w pokoju, wywiązała się przepychanka, blokował nam drogę, później drzwi wejściowe. W końcu udało nam się wyrwać i uciec na ulicę. Wybiegł za nami, a w jego oczach było coś przerażającego.

Stalking

Nie odpuszczał, chwytał nas za ramiona. Tu byliśmy bezbronni. Jedyni biali w okolicy szarpią się z tubylcem. Powiedziałam, że mu zapłacimy, ale zrobimy to na komisariacie. Niech władza oceni jego wysiłek i wynagrodzenie. Przystał na to i zaczął nas prowadzić. Tyle, że już w autobusie wydał mi się dziwny. Przez okno zauważyłam budynek policji i pomyślałam sobie: “dobrze znać to miejsce”. Wiedziałam, że idzie w przeciwnym kierunku. To go rozwścieczyło, a wyraz jego twarzy mówił: “zatłukę was za zakrętem”. Wtedy ja się wydarłam do ludzi na ulicy: “POLISI! POLISI!”. Wszyscy wskazali oczywisty dla mnie kierunek i zaczęli bacznie przyglądać się Lokalsowi. Kiedy odchodziliśmy, stał jeszcze na drodze z zaciśniętymi pięściami i odprowadzał nas wzrokiem. Bałam się, że nas napadnie od tyłu, po odwróceniu się zauważyłam, że do kogoś dzwoni. Potem podążał za nami skrywając się w tłumie, w odległości kilkudziesięciu metrów. W końcu go zgubiliśmy.

Co dalej?

Ta noc była wyjątkowo długa. Nie wiedzieliśmy, dokąd pójść. Przechodnie wskazywali jedyny hotel, z którego uciekliśmy. Nie mieliśmy zamiaru tam wracać, ale nie było też możliwości na wydostanie się z miejscowości. Wydarzyło się jeszcze kilka pokręconych rzeczy. Jakiś bogacz z żoną bardzo chciał, żebyśmy wsiedli do jego auta. Później kolejny mieszkaniec nalegał, żebyśmy spali u niego w domu. Kolejne nerwowe sytuacje i nienaturalne telefony tych ludzi sprawiły, że utraciłam jakiekolwiek poczucie bezpieczeństwa. Później mieliśmy okazję przeżyć pierwszy prawdziwy deszcz monsunowy, w najmniej oczekiwanym momencie. Podczas jego trwania przeszliśmy kilka kilometrów drogą, która zamieniła się w rzekę w kilka minut. Woda sięgała mi do połowy łydki. Wszystko było w błocie. Mrok utrudniał przemieszczanie się.

Minęliśmy jedną noclegownię, ale była przepełniona. Prosiłam właściciela o spanie w ganku, pod dachem, ale nie chciał się zgodzić. Mimo że szybko ubraliśmy gumowe perelyny, a na plecaki naciągnęliśmy pokrowce – deszcz nie zostawił  na nas suchej nitki. Kilometr dalej trafiliśmy na Hotel Rawayana. Musieliśmy obudzić obsługę śpiącą na podłodze w “recepcji”. Było mi przykro, że nie mają własnych łóżek. Jak na indonezyjskie warunki, pokoje były bardzo czyste. Mieliśmy sedes i prowizoryczny prysznic. Było też spokojnie, sucho i tanio – za nocleg zapłaciliśmy 100 tys. rupii. Nie mogliśmy się doczekać porannego opuszczenia miasta.

Nasz pokój w Hotelu Rawayana.

Jedna odpowiedź do “Koszmar Labuhanu”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *