Labuan Bajo. Eddy, książę ludu Lamalera

Ból, cierpienie i gorycz. Te uczucia długo gościły w jego życiu. Przeplatały się one z radością życia, odwagą i ekscytacją – jak u większości osób. Jego historia jest jednak zupełnie inna. Poznajcie Eddy’ego, prawdziwego następcę tronu Lamalera. Być może ostatniego?

 Jego dom

Nasze ścieżki przecięły się w Labuan Bajo – najbardziej turystycznym miejscu na wyspie Flores. Uciekając od zgiełku i turystyki, zatrzymaliśmy się u rosłego rybaka. Udostępnił nam prosty pokój oraz malutką kłódeczkę, którą mogliśmy go zamknąć. Powiedział, że nie odpowiada za okolicznych mieszkańców i lepiej się zamykać. Jego dom był bardzo skromny. Wąziutki korytarz rozszerzał się nieco przed “naszym” pokojem, gdzie stało malutkie biureczko z krzesłem, a po drugiej stronie mebel z kilkoma szufladami. Dalej niewiele większa kuchnia – baniak z wodą i stolik z kawą, herbatą, paroma kubkami i cukrem. W kuchni znajdowały się jeszcze wiszące na ścianie wędki i wiadra z dorobkiem gospodarza. Wchodziło się z niej w lewo wprost na materac rybaka (pokoik mieścił jeszcze tylko małą szafeczkę) i na prawo do łazienki. Nie było tam internetu, a gęste powietrze starał się rozdmuchać niewielki wiatraczek. Domek stał kilka metrów od brzegu Morza Flores. Właściciel – ze względu na częste zalania – podniósł podłogę o 30 cm, przez co nie dało się w środku wyprostować. Mimo wszystko było tam bardzo przytulnie, domowo. Nie mieliśmy zamiaru się stamtąd ruszać. Tak poznaliśmy Eddy’ego.

Śmietniki wzdłuż ulicy, przy której mieszka Eddy, są wspaniałą „imprezownią” dla okolicznych kurczaków.     

 Niedaleko domu Eddy’ego znajduje się nocny targ rybny. Co wieczór całe Labuhan Bajo robi sobie tu śmierdzącą wystawkę.

 Ze wzniesienia nad chatką rybaka rozpościera się widok na całą okolicę. Polecamy wspiąc się na punkt widokowy na północnym cyplu. Widać stamtąd piękną okolicę i otaczające wyspę Morze Flores. Można też sobie wyobrazić piękną Sulawesi na wprost nas ; )

 A to już port Labuan Bajo. Stąd ruszają wszystkie rejsy na Komodo.

 Ogniska na wybrzeżu to codzienność. Małe dzieci bawią się ogniem jak dzikie! Widok z naszego „hotelu”.

Jego pochodzenie

Eddy wyróżnia się z tłumu. Jest o wiele wyższy, bardziej rozbudowany i ciemniejszy od mieszkańców Labuhan Bajo. Wywodzi się z plemienia Lamalera, którego nazwa oznacza “płytę słoneczną”. Ludzie ci komunikują się językiem Lamaholot, gdzie “lama” oznacza “płytę”, a “holot” to “trzymać się razem”. Zamieszkują oni wyspę Lembata (na wschód od Flores). Eddy wychował się w tradycyjnej wiosce, z własnymi wierzeniami i odmiennym stylem życia, jako pierworodny potomek króla. Nikt lepiej od niego nie potrafi opowiadać o kulturze i zwyczajach mieszkańców Lamalera. Jako prawie dwudziestolatek opuścił rodzinny dom, by zasmakować świata.

Jego lud – wprowadzenie

Lamalera, nazywana “wioską wielorybników”, słynie właśnie z połowów waleni (w tym delfinów). Cała jej kultura rozwinęła się na skórze, tłuszczu i kościach wielorybów. Nie marnuje się tu nawet centymetra kwadratowego zabitego zwierzęcia, a jego mięsem mieszkańcy posilają się nawet przez wiele miesięcy. Początkowo byłam tym strasznie przytłoczona. Teraz mam mieszane uczucia. Wiem, że na całym świecie morduje się zwierzaki, w dodatku masowo, natomiast tutaj (dziś) jest to jeden do trzech wielorybów rocznie.

Jego lud – wielorybnictwo

Najbardziej wstrząsnęła mną opowieść o powolnej śmierci zwierzęcia. Mieszkańcy wioski korzystają jedynie ze zbudowanych własnoręcznie narzędzi, a polują za pomocą drewnianych harpunów. Swoimi mizernymi łodziami wypływają na otwarte wody i wypatrują wielorybów. Kiedy po kilku tygodniach, a czasem miesiącach, udaje im się je wreszcie namierzyć i dogonić – harpunnik szykuje się do skoku. Liczy się praca zespołowa, nikt na łodzi nie jest bierny. W odpowiednim momencie, myśliwy z harpunem rzuca się na grzbiet ssaka. W tej samej chwili inna osoba splątuje jego ogon liną, a pozostali sterują łodzią i zrzucają linę do wody. Waleń podobno zazwyczaj jest spokojny, “jakby wiedział, że jego śmierć ocali życie całej naszej społeczności” (Eddy).

Eddy na tropie tuńczyków.

 Choć tu nie wygląda to tak dramatycznie jak na żywo (gdzie cała woda wręcz wrzała!), byliśmy świadkami polowania tuńczyków.  Nie na tuńczyki -tuńczyków. Ryby dopadły ławicę mniejszych i w wodzie rozegrała się prawdziwa bitwa. Z góry, jak na filmach Attenborough’a, w morze wbijały się ptaki morskie, wyszarpując ofiary z ławicy, a z dołu chwytały je pyski tuńczyków. Trochę jakbyśmy byli w garnku z gotującą się wodą.

Ławicowe piekiełko, ujęcie drugie.

 Drapieżnik morski z oddali.

Jego lud – szczegóły polowania

Harpun musi być precyzyjnie wymierzony i trafić zwierzę w płuco, w przeciwnym razie tylko je zrani. Odpowiednio ugodzony humbak wykrwawia się przez 4-6 godzin (delfinowi zajmuje to ok. 2 godzin). Równocześnie jego płuca stopniowo wypełniają się krwią i wodą, czasem więc szybciej tonie. Załoga cierpliwie czeka na śmierć ssaka, poświęcając ten czas na oddawanie hołdu swojej ofierze. Ofiary nie są przypadkowe, gdyż nie są to przewodnicy stada, młode osobniki ani samice ciężarne i karmiące. Ludzie ci nie chcą ich niszczyć, sami chcą przeżyć. Kiedyś zabijano około czterech wielorybów rocznie, dziś od jednego do dwóch.

Jego historia – pierwszy humbak

W Lamalerze dzieci od najmłodszych lat łowią ryby niemal gołymi rękami. Bogactwo Morza Sawu jest podstawą przetrwania całej społeczności. Na swoje pierwsze polowanie na wieloryba Eddy został zabrany w wieku dwunastu lat. Miał się uczyć od doświadczonej załogi. Tego dnia jednak wszystko poszło nie tak. Zdarza się, że zwierzę podejmuje walkę o życie, nieraz zabijając rybaków. Potrafi zanurkować na kilkaset metrów, ale lina jest dostatecznie długa, więc załodze nic nie grozi. Gorzej, kiedy przewraca łódź i roztrzaskuje ją ogonem. Właśnie to przytrafiło się młodemu chłopcu.

Wybrany przez myśliwych osobnik okazał się być przywódcą stada. Ukłucie harpuna go rozwścieczyło. Swoją walkę rozpoczął od szybkiego i pionowego zanurzenia się na maksymalną głębokość. Gdy nie przyniosło to żadnego efektu, humbak zaczął podnosić łódź głową, a następnie zniszczył ją silnymi uderzeniami płetwy ogonowej. Zwierzę wpadło w szał i nie przestawało wierzgać nad powierzchnią. Rybacy znaleźli się w potrzasku.

Jego historia – koszmar na otwartym morzu

Woda była mocno zabarwiona krwią, co oznaczało płynące już w ich kierunku wygłodzone rekiny. Zapanował chaos, wszystkich owładnęła panika. Ludzie zaczęli pospiesznie oddalać się od woni krwi. Eddy powiedział mi, że wtedy został zupełnie sam, nie widział nikogo. Dziecko dryfujące na otwartym morzu, pośród drapieżnych ryb. Udało mu się złapać kawałek drewna z łodzi, którego się kurczowo trzymał. Po pewnym czasie usłyszał wołanie. To był jego ojciec, odnaleźli się. Z wioski wypłynęli wieśniacy na ratunek, odnajdując i wyławiając wszystkich, poza Eddy’m i jego tatą.

W palącym słońcu, bez wody i pokarmu, obaj przechodzili katusze. Drugiego dnia zjedli kawałek drewna, którego się trzymali. Krewniacy spędzili na wodzie trzy pełne dni i trzy noce, zanim zostali przypadkowo zauważeni przez inną łódź. Trafili bezpośrednio do szpitala. Eddy był skrajnie odwodniony, a zjedzone kawałki drewna zniszczyły jego układ trawienny (czego skutki odczuwa do dzisiaj). Na twarzy miał przepaloną niemal do gołych mięśni skórę i język poparzony od słońca i soli. Uszkodzone zostały też zmysły smaku i słuchu.

 Podczas jednej z wypraw łódeczką Eddy’ego trafiliśmy na rodzinę butlonosów indyjskich (Tursiops aduncus) z młodymi. Niesamowite przeżycie, a młode ssaki były takie malutkie!

 Siedzieliśmy w całkowitej ciszy na naszej łupince. Bez silnika, bez hałasu, bez ludzi. Tylko my i one. Rodzina waleni opływała nas dookoła, swobodnie rozmawiając. Ich piski przeszywały nasze ciała, słyszeliśmy je tak wyraźnie, że wydawało się to nierealne.  

Podobno byliśmy też świadkami czegoś trudnego do zaobserwowania. Delfiny… bawiły się. Pluskały, machały ogonami, „dzieciaki” były tu i tam i wszędzie, ich płetwy błyskały raz z prawej, raz z lewej strony naszej łódki. Piskały wysoko i wesoło, niczym nieskrępowane. Nie podpływaliśmy jednak zbyt blisko, nie chcieliśmy ich płoszyć ani niepokoić.

Jego historia – rodzeństwo

Ta opowieść jest bardzo smutna i szokująca. Eddy miał dwóch młodszych o kilka lat braci. Pewnego dnia, gdy ruszali oni skuterem spod domu do szkoły, uderzył w nich lokalny bus. Kierowca był pewien, że pojazd się poruszał, nie wiedział, że chłopcy wciąż żegnali się z rodzicami. Obaj zginęli na miejscu, a ich ciała były w strasznym stanie. Wszystko zdarzyło się na oczach rodziny, tuż obok matki. Mieszkający obok kuzyn, który widział całe zajście, nie mógł się z tym pogodzić. Chwytając maczetę, przeskoczył przez płot i ruszył na kierowcę. Odciął mu głowę. Rodzina doznała potrójnej straty – chłopcom nic nie zwróci życia, a kuzyn większość swojego spędzi w więzieniu. Nie wspominając o mękach, depresji i frustracji całej reszty rodziny.

Jego historia – opuszczenie Lamalery

Eddy wyjechał na studia do Jogjakarty (Dżogdżakarta, potocznie Dżogdża) – studenckiej stolicy Indonezji na wyspie Java. Umiejętność swobodnego władania językiem angielskim nabył w Australii. Przez pewien czas pracował tam jako strażnik ochrony środowiska morskiego. Eddy doskonale rozumie faunę i florę morską. Nurkując razem miałam wrażenie, że zna zwyczaje wszystkich spotkanych przez nas form życia. Wyczerpująco udzielał mi odpowiedzi na każde pytanie dotyczące rafy i jej mieszkańców. Jednak jego praca nad australijskim wybrzeżem zakończyła się po pewnym incydencie.

Jego historia – sztorm

Przełożony, z jakiegoś powodu (nie pamiętam już z jakiego?), mimo rozpoczynającego się sztormu, nakazał wypłynąć Eddy’emu i jego koledze na otwartą wodę. Młody mężczyzna stanowczo odradzał kapitanowi tej decyzji. On jednak nie posłuchał próśb Eddy’ego i wysłał mężczyzn na morze. Eddy mówił mi o falach, jakie się rzadko widuje. Zaledwie kilkaset metrów od brzegu statek został zniszczony i utonął. W ostatniej chwili Eddy’emu udało się wyciągnąć kolegę za burtę. Ten, wpadłwszy do wody, zaczął wspinać się na grzbiet i głowę Eddy’ego. Nie umiał pływać. Mimo szalejącej pogody, nasz bohater musiał związać ręce kolegi, który go podtapiał. Jako silnemu i doskonale pływającemu człowiekowi jedynie łutem szczęścia udało się dotrzeć z przyjacielem na plecach do brzegu. Współpracownik nie przeżył jednak tego incydentu. Eddy był sfrustrowany i załamany. Rzucił pracę i wrócił na Flores.

Na tym zdjęciu najlepiej widać gabaryty naszego gospodarza. Eddy (po lewej) rozmawia z lokalnym rzemieślnikiem – takich rozmiarów są „zwyczajni” Indonezyjczycy. Eddy’ego nie da się nie zauważyć. Ten pan dorabia prawy pływak do łódki Eddy’ego, inaczej przewrócilibyśmy się na fali. Tylko dzięki niemu wybraliśmy się we wspólne rejsy. Przedsięwzięcie było zaplanowane dużo wcześniej – tu też czeka się na terminy. Nasza „karoca” w tle.

Jego historia – to nie wszystko

Uwaga, Eddy zrobił karierę w boksie zawodowym, czterokrotnie zdobywając tytuł mistrzowski (widzieliśmy zdjęcia!). Obecnie uczy samoobrony dzieci w szkołach. Po latach tułaczki, Eddy postanowił osiąść w Labuhan Bajo. Przez pewien czas pracował w Parku Narodowym Komodo i posiada obszerną wiedzę na jego temat. Porzucił jednak to zajęcie i zajął się rybołówstwem. Za oszczędności zakupił działkę na spokojnym północnym krańcu Labuhan Bajo oraz mały domek nieopodal targu rybnego. Utrzymuje się, jak sam powiedział, “z prawdziwych podróżników”. Czyli przede wszystkim takich, którzy docierają na ten skraj osady i niestraszne im są warunki życia zwykłego indonezyjskiego rybaka. Ja myślę jednak, że wynajmowanie swojego pokoiku backpackersom jest przede wszystkim pasją tego człowieka. Eddy jest dobrze wykształcony, biegle posługuje się angielskim i kocha ludzi.

 Tak wygląda wybrzeże przed „naszym” domem.

Nadbrzeżne wody są tak brudne, że musieliśmy się przełamać, żeby do nich wejść. Plastik na plastiku. Do nóg przyczepiają się obrzydliwe papierki i foliówki. Ohyda!

Ten mały zielono-żółty domek po lewej stronie posiada taką dobudówkę, jakby garaż. Widzisz? To właśnie mieszkanie Eddy’ego.

 Mijamy wyspę Manjariang.

 Bezludna wyspa Saturi.

Piękny szlarnik cytrynowy (Zosterops chloris).

Szlarnik cytrynowy (Zosterops chloris).

Samica nektarnika ciemnogardłego (Cinnyris jugularis).

Okolice wyspy Angel Island.

  Podpowiedź – na tym zdjęciu znajduje się konik morski!

Na tym zdjęciu, pod rafą po lewej znajduje się patelnica niebieskoplama (Taeniura lymma), potocznie zwana ogończą. Jej jad nie jest w stanie zabić człowieka, ale zwalić go z nóg na pewno. Nie widząc jej wcześniej, radośnie postawiłam stopę 50 cm jej ogona.

 Jego historia – Eddy dziś

Dziś Eddy dorabia jako lokalny przewodnik i jest w tym najlepszy. Sam nic nie proponuje, ale jak się go zapyta – zawiezie wszędzie. My mieliśmy ogromną przyjemność przez dwa dni z rzędu zwiedzać okoliczne bezludne wyspy, niedostępne dla statków rafy i poznawać okolicę z jego malutkiej łodzi. Jako zapłatę jedynie zwrotu kosztów paliwa – 50 tys. rupii (ok.15 zł.). Przede wszystkim jednak wprowadza maksymalnie dwuosobowe grupy w nieznane lub niedostępne miejsca. Jeździ z nimi po całym Flores, również do Lamalery. Oprowadza ich po lokalnych plemionach, których jest tłumaczem dla swoich podopiecznych. Na Flores niewiele osad posługuje się Bahasą (oficjalnym językiem Indonezji), społeczności są tu zbyt małe i tradycyjne.

Jego okolica

Jego sąsiedzi nie potrafią pisać ani czytać. Mimo pięciogwiazdkowych kurortów w centrum Labuhan Bajo, oni żyją jak dawniej – od połowu do połowu. Są za to znakomitymi fachowcami. Wciąż budują tradycyjne łodzie (samodzielnie i całkowicie od zera, ze zrobionych własnoręcznie narzędzi), stawiają domy, budują systemy gromadzące deszczówkę – są samowystarczalni. Eddy powiedział nam, na czym polega system płatności za usługę. Oni po prostu wiedzą, ile i czego można kupić za niebieski banknot, a ile za zielony. Zamawiając pływak do łodzi płaci się na przykład czerwony, czerwony i niebieski (250 tys. rupii, nie można tego rozbić na pięć pięćdziestątek – oczekiwane są konkretne banknoty).

 Widok na nasz pokoik i wejście do domku.

Kuchnia i zgrywanie plików o żyjątkach morskich w okolicy. Eddy ma taki mały, zabawkowy aparat do robienia zdjęć pod wodą. Pływając z nami robił wiele zdjęć. Powiedział mi, że dokumentuje wszystkie zwierzęta i koralowce i je opisuje, a w przyszłości chce sobie zrobić taką tapetę na ścianie. Trzymam kciuki nawet za książkę, o której wspominał.

Taraso-ogród, właściwie tylko tam się przebywa ze względu na cudowny przewiew. 

 Kawałek podwórka Eddy’ego i sąsiadka.

To jest kuchnia sąsiadów. Kobieta gotuje rybę na palenisku. A może smaży? W każdym razie położyła na tlących się gałęziach liście bananowca, a na nich surową rybę. Po pewnym czasie rybę zabrała i (jak myślę) zjadła.

Widzieliście kiedyś taką makrelę?

Ja o Nim

Eddy jest prawdopodobnie najbardziej inspirującym człowiekiem, którego poznaliśmy podczas podróżowania. Tak otwartej, radosnej i skłonnej do bezinteresownej pomocy osoby, nie spotkałam chyba nigdy. To człowiek, którego trzeba poznać i nie da się nie pokochać. Wiem na pewno, że jeszcze do niego wrócimy i wspólnie przejedziemy całą Flores.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *