Na wodospad!

Po powrocie z wyprawy do Ujung Kulon mieliśmy kilka godzin następnego poranka, z którymi trzeba było coś zrobić. Koniecznie chcieliśmy wrócić do parku. Większość interesów w Indonezji odbywa się po znajomości i w tej sprawie nie było inaczej. Nasz gospodarz (więcej o nim w tym wpisie) polecił nam swojego znajomego, który organizuje trekkingi na wodospad gdzieś w dżungli. Już wiedzieliśmy, że rano się tam wybierzemy!

Motocyklem? Bardzo chętnie!

Rano, pierwszym, co usłyszałem po wyjściu z pokoju było: “umiesz ty jeździć motocyklem?”. Jestem zapalonym motocyklistą, więc lampki w oczach mi się zaświeciły i odparłem ochoczo, że: “oczywiście psze pana!”. O siódmej rano go zobaczyłem. Pojazd, który miał mnie odmienić na resztę życia.

Pod nasze drzwi zajechał skuterem bardzo chudy pan i postawił swoje dwa kółka obok pomarańczowego rumaka widocznego na zdjęciu. Mnie osobiście ten rumak przypominał skrzyżowanie motorynki popularnej na polskich wsiach trzydzieści lat temu z zabawkowym crossem i skuterem. Ola usiadła za panem przewodnikiem na jego skuterze (mój był zdecydowanie jednoosobowy), a ja miałem podążać za nimi na swoim pomarańczowym sprzęcie.

Jazda po indonezyjsku

Tej jazdy nie zapomnę nigdy. Tamci ruszyli i zniknęli za rogiem, a ja próbowałem zmusić maszynę do działania. Wrzucenie biegu graniczyło z cudem, a kiedy już nastąpiło, silnik natychmiast gasł. Okazało się, że operowanie sprzęgłem wymaga dużo więcej precyzji niż przypuszczałem. Ponowna próba i jest! Maksymalne odkręcenie gazu i delikatne puszczenie sprzęgła pozwoliło ruszyć, prawie wyrywając mi dłonie z nadgarstków. Nie miałem pojęcia, ile w ogóle ten wynalazek ma biegów.

Początkowo wrzucałem dwójkę za szybko i na przykład kończyłem na środku gigantycznej kałuży, głębokiej na 30 cm, ze zgaszonym silnikiem. Doszedłem wreszcie, jak to mniej-więcej działa. Po drodze okazało się, że dźwignia zmiany biegów zrobiona jest z aluminium i gnie się równie łatwo, co sztućce w barach mlecznych PRLu. Po dwóch próbach zmiany biegu, dźwignia zawijała się niemal w supeł i trzeba było ją prostować. Zarówno w czasie jazdy, jak i przed ponownym odpaleniem silnika. Do tego dochodził teren. Nie jechaliśmy bynajmniej przyjemnym asfaltem, ale wyboistą, mokrą, szutrową drogą. Składała się ona głównie z wielkich dołów z wodą oraz losowo wysypanych kamieni, mających chyba maskować co głębsze dziury – z marnym powodzeniem.

Lina?

Kiedy poczułem się nieco pewniej, przewodnik z Olą na plecaku („plecak” w slangu motocyklowym to pasażer) zjechał z drogi wprost w zarośla. Maskowały one wyjątkowo błotnistą ścieżkę, prowadzącą do jego domu na skraju dżungli. Kiedy już się zatrzymaliśmy, zauważyłem, że przewodnik wiózł ze sobą linę. Na początku myślałem, że wziął ją przy okazji jazdy z jednej wioski do drugiej i zostawi linę w domu. Zabrał ją jednak ze sobą, a raczej z nami, do dżungli.

Lina.

Przewodnik, cały czas boso, powiódł nas błotnistą ścieżką przez spory zagajnik na rozległe pola ryżowe. Tam, uważając, żeby nie zmoczyć za bardzo butów, podążaliśmy glinianymi brzegami pól. Nie było to łatwe. Po drodze mijaliśmy chłopów uprawiających rolę i odpoczywających w cieniu niewielkich drewnianych zadaszeń. Bardzo szybko okazało się, że nie ma sensu uważać na wodę. W pewnym momencie przewodnik po prostu wskoczył do strumyka i poprowadził nas nim w górę rzeki. Wciąż zastanaliśmy się: “po co mu lina?”. Doszliśmy do miejsca, w którym kończyła się ścieżka i nie dało rady iść dalej.

Wtedy okazało się, po co ta lina. Jej właściciel, niczym małpa, wyskoczył z wody na skałę i wspiął się na jej czubek. Po sekundzie wiązał jeden koniec do konaru, a drugi zrzucił w naszą stronę. Zachęcająco machnął do nas ręką. zorientowaliśmy się, że trzeba tam wejść. Nie było to proste zadanie. Nigdy wcześniej tego nie robiliśmy. Przy pierwszej próbie wylądowałem do pasa w rzece, mocząc saszetkę z telefonem i dokumentami. Na szczęście plecak z obiektywami ocalał. Ech, gdybyśmy tylko wiedzieli na początku, że będziemy się wspinać i pływać w rzece… Przygotowalibyśmy się do tego lepiej i nie brali tego wszystkiego, co mieliśmy ze sobą. Scenariusz z wchodzeniem po linie powtórzył się jeszcze kilkakrotnie, z różnym stopniem trudności. Najgorszy jednak był sam wodospad, czyli to, po co tam przyszliśmy.

Wspinaczka na wodospad

Dotarliśmy do momentu, w którym trzeba było przepłynąć kilka metrów.  Na migi ustaliliśmy z przewodnikiem, że nie ma innej opcji. Niecka z wodą, dzieliła nas od wodospadu i skałki, którą mieliśmy się wspiąć na jego szczyt. Super, tylko co z plecakiem? Nie chcieliśmy go zostawiać. Nie wiedzieliśmy, jak daleko się zapuścimy, a całkiem sami też nie byliśmy. Ciągle gdzieś biegały puszczone samopas lokalne dzieci.

Wreszcie wymyśliliśmy. Ola popłynęła przodem za przewodnikiem. Ja przywarłem do jednej z pionowych ścian, do połowy w wodzie i zawiesiłem sobie plecak na szyi. Przesuwałem się powoli, badając podłoże, którego nie mogłem zobaczyć i krok po kroku udało mi się dojść do połowy niecki. Tam skończyło mi się miejsce na stopy. Na szczęście przewodnik przyszedł z pomocą. Zanurzony po brodę w wodzie, uniósł plecak nad sobą i podał go dalej Oli, która wychylała się z brzegu. Przepłynąłem resztę drogi, a w międzyczasie nasz towarzysz wszedł na kolejny pion i podał linę na dół. Wspięliśmy się i zobaczyliśmy, że teraz to już chyba przegięcie i serio nie damy rady iść dalej. Droga wyglądała na bardzo trudną i niebezpieczną. Za duże ryzyko. Miejsce, w którym stchórzyliśmy okazało się być celem wędrówki! Tak! Karkołomna przeprawa z plecakiem po ścianie, okazała się zupełnie niepotrzebna.  Wystarczyło zostawić go na drugim brzegu, byłby na widoku!

Pętla

Sam wodospad nie był zbyt imponujący, choć sceneria była przepiękna. Kilkanaście minut później mogliśmy wracać. Po zejściu ze skałki musieliśmy przeprawić się z powrotem przez wodę. Okazało się, że wyżej nad moją głową zwisała liana (tak, taka z tarzana). Jak wszedłem na ścianę, to przewodnik mi ją podał i dość szybko przeszedłem na drugą stronę. Powrót nie nastręczył większych trudności poza jednym incydentem. Na ostatnim zejściu, które wymagało użycia liny, Ola pośliznęła się. Zawisła na pętli, zaciśniętej wokół jej dłoni, jakieś trzy metry nad wodą. Sytuacja przez chwilę była gorąca, ale z pomocą przyszedł nasz przewodnik. Ola poharatała sobie klatkę piersiową, brzuch, bok, uda i łydki. Jej dłoń była poraniona i spuchnięta.  Gdyby spadła na ostre skały pod nami, mogłaby już stamtąd nie wrócić. Na szczęście nic poważnego się nie stało.

Pamiątka na całe życie

W drodze powrotnej nie uniknąłem kolejnych kłopotów z motorkiem. Po raz kolejny zatrzymałem się ze zgaszonym silnikiem na środku jednej z gigantycznych kałuż. Chcąc uniknąć upadku w błoto, zachwiałem się i oparłem jednoślad o prawą nogę. Ci, którzy w młodości jeździli motorowerami wiedzą, że trzeba BARDZO uważać na gorący wydech. Szczególnie, jeśli ma się na sobie krótkie spodenki. Mówiąc krótko – wypaliłem sobie dziurę w nodze. Liczyłem na to, że będzie to tylko powierzchowna sprawa, ale goiłem się przez kolejny miesiąc. W tak wilgotnym i gorącym klimacie, gojenie się rozległych ran to koszmar. Dzięki temu mam oryginalną pamiątkę po wyprawie na wodospad.

Przed zjechaniem do hotelu nie uniknęliśmy też oszustwa. Nasz towarzysz podróży zatrzymał się przy “stacji benzynowej”, którą stanowiła beczka z pompą i zażądał 30 tys. rupii na paliwo. Twierdził, że nie dojedziemy do domu. Nie sprawdziliśmy nawet baku. W emocjach nie dotarło do nas od razu, że wszystko było opłacone. Zapłaciliśmy nadprogramowe 30 tysięcy i ruszyliśmy dalej. Nasz gospodarz był na tyle uczciwy, że oddał nam te wyłudzone przez wspólnika pieniądze. Utwierdziło nas w przekonaniu, że to dobry człowiek i warty polecenia organizator.

Jedna odpowiedź do “Na wodospad!”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *