Kraina pradawnych smoków – Park Narodowy Komodo

Warany z Komodo (Varanus komodoensis), znane też jako smoki z Komodo, od dawna rozbudzają wyobraźnię ludzką. Jaszczury co roku ściągają na swe tereny całe rzesze turystów, ale czy tylko one są warte uwagi? Park Narodowy Komodo jest jednym z największych rezerwatów morskich na świecie, a ukryte jego wodach “skarby” nierzadko przyprawiają o dreszcze! Ten wspaniały obszar został wpisany na listę Siedmiu Nowych Cudów Natury.

Ruszamy!

Najłatwiej i najtaniej jest dostać się do Parku z Labuan Bajo. Typowo turystyczna miejscowość wciąż jednak skrywa magiczne miejsca, jak punkt widokowy Amelia Sea View i cały północny cypel, czy jaskinia Batu Cermin. A na wysepkach przy nocnym targu rybnym gniazdują majestatyczne bieliki białobrzuche (Haliaeetus leucogaster), endemiczne i niestety krytycznie zagrożone wojowniki sundajskie (Nisaetus floris) oraz kanie bramińske (Haliastur indus)! Po przejściu głównej ulicy, usianej restauracjami z wi-fi, zachodnim jedzeniem, ekskluzywnymi hotelami i agencjami podróży, wybraliśmy najkorzystniejszą ofertę. Nie chcieliśmy przepłacać za wynajęcie łodzi dla dwóch osób, kiedy nadarzyła się okazja dołączenia do małej grupy i podzielenia kosztów. Było nas w sumie siedem osób, więc wciąż kameralnie.

 Na Amelia Sea View żeruje spora kolonia żołn tęczowych (Merops ornatus). A z rodziny zimorodkowatych można tu spotkać rybaczki srokate (Ceryle rudis) i łowczyki czczone (Todiramphus sanctus).

Rinca

Naszym “wypasionym” kutrem w pierwszej kolejności dotarliśmy na wyspę Rinca. To podobno właśnie tu najłatwiej jest zaobserwować smoki. A widać je od pierwszej chwili na lądzie. Kłębią się i czają pod chatami zbudowanymi na palach. Dlaczego podniesiono podłogę? Żeby smoki nie weszły do środka, bo po schodach nie potrafią się wspinać. Dlaczego się kłębią? Bo z kuchni roznosi się woń jedzenia, którą bez problemu wychwytuje ich czuły narząd nosowo-lemieszowy (inaczej Jacobsona) – odbierający lotne sygnały chemiczne, takie jak zapachy czy feromony. Biedaki czekają tak na łatwą zdobycz, która jednak nie nadchodzi. Choć z natury są samotnikami, na terenach “ludzkich” trwa zawieszenie broni i ogromne jaszczury pokładają się jeden na drugim.

Daniel i kopulujące warany! Tak naprawdę nie wiemy, co dokładnie one robiły, ale momentami było ostro.

Varanus komodoensis

Są świetnymi pływakami, nurkują na głębokość prawie 5 metrów i choć wyglądają ociężale, potrafią szybko biegać. Dorosłe osobniki osiągają długość ponad trzech metrów  i wagę 90 kilogramów, a żyją nawet do 50 lat. Wyewoluowały prawdopodobnie w pliocenie na terenach współczesnej Australii (ok. 4 milionów lat temu!). Kilka bardziej i mniej dorodnych sztuk czekało już przy wrotach Parku. Między budynkami snuł się nawet “napoczęty” sambar sundajski (Rusa timorensis).

Warany zazwyczaj czatują na swoją ofiarę w ukryciu, a gdy ta jest dostatecznie blisko – atakują. Wystarczy im jedno ugryzienie, reszta “zrobi się sama”. Drapieżnik pozwala odejść ofierze. Mimo że smoki nie zieją ogniem, ich tajna broń jest równie przerażająca. Tajemnica tkwi w… ślinie. Jest ona prawdziwą wylęgarnią bakterii, dodatkowo wyposażoną w substancję zapobiegającą krzepnięciu krwi. Jeśli już dojdzie do rozerwania tkanki, dni ofiary są policzone. Spowodowana infekcją śmierć jest powolna i bolesna. Jaszczur, korzystając z narządu Jacobsona, cierpliwie podąża za ugryzionym zwierzęciem. Ucztę rozpoczyna, kiedy konające traci siły i się kładzie. Wówczas często rozdzierane jest żywcem. Dlatego, podobnie jak hieny, te stworzenia nie są zbyt powszechnie lubiane.

Mieliśmy ogromne szczęście spotkać aż dwa bawoły wodne (Bubalus bubalis)!  Osobnik z tego zdjęcia nie był zadowolony ze spotkania i nerwowo grzebał przednimi kopytami, dając nam demonstrację własnej siły. Podszedł bardzo blisko,  ale na szczęście nie był nami szczególnie zainteresowany.


Było też sporo nogali zmiennych (Megapodius reinwardt). Innymi zaobserwowanymi przez nas ptakami była uważna wrona floreska (Corvus florensis) oraz piękni przedstawiciele rodziny gołębi: muszkatela ciemnogrzbieta (Ducula lacernulata), uroczy treron zielony (Treron floris) i zabawny owocożer żółtobrody (Ptilinopus melanospilus).

Warany nie są wybredne i chętnie posilają się padliną. Fascynujący jest ich niemal pancerny układ pokarmowy. Trawią prawie wszystko i pożerają, co się da. Bawoła z rogami, jelenia z kopytami, świnię z zębami. W Parku Narodowym Komodo można natknąć się na białe plamy na ziemi, przypominające rozlaną farbę zmieszaną z resztkami sierści lub popiół. To ich odchody. Są one białe, ze względu na wysoką zawartość spożywanego wapnia, pochodzącego ze zjedzonych kości.
 

 To i kolejne zdjęcie przedstawiają dziwogony melodyjne (Dicrurus densus)

 Warany z Komodo na wyspie Komodo

Musiałam dodać to zdjęcie. Tak się kończy poproszenie kogoś o zrobienie wspólnej fotki – zostaliśmy jeźdźcami warana, jak prawdziwi zachodni turyści! A byłam pewna, że przewodnik każe kucnąć, bo nie mieścimy się w kadrze… Mieliśmy przynajmniej sporo śmiechu, kiedy w drodze powrotnej sprawdziliśmy zawartość karty pamięci!

Ten waran umiera z głodu – dosłownie. Przewodnik twierdził, że ma ponad pięćdziesiąt lat, co czyniłoby go rekordzistą. Podobno leżał tak już od wielu dni, zbyt słaby i stary by się podnieść i polować. Jego organizm sam się trawił. To naprawdę była sama skóra i kości, zresztą zdjęcie chyba mówi samo za siebie.

A to szczęśliwa ja i moim magicznym notatnikiem! Nie rozstawałam się nawet na sekundę. Ciągle nękałam przewodnika, zadając mu miliardy pytań odnośnie zaobserwowanych gatunków, o ich nazwy i styl życia. Był mocno zaskoczony, turystom zazwyczaj wystarcza fotka ze smokiem i są średnio zainteresowani całą resztą. Szliśmy z przodu, za nami lekko już znudzony tym moim gadaniem o przyrodzie Daniel i kilka metrów dalej całkowicie obojętna reszta.

Komodo!

Owiana największą sławą wyspa Komodo szczerze mnie zaskoczyła. Jest omijana, bo trudniej tu o jaszczura, a przecież tylko po to przyjeżdża tu większość turystów. Z racji tego, że było nas zaledwie kilka osób, a nasza załoga standardowo nie mówiła po angielsku, byliśmy poniekąd zostawieni samopas. Jakoś tam sobie ogarnęliśmy przewodnika i ruszyliśmy marszem na obejrzenie wszystkiego, co się da.

Cieszyłam się, że nie zdecydowaliśmy się na rejs z większą grupą, bo z uśmiechem na ustach mijaliśmy te stłoczone wokół jaszczurek trzydziestoosobowe grupy. Nie musieliśmy czekać, aż każdy cyknie fotkę, nie musieliśmy się z nimi tłoczyć, zeszliśmy na rzadziej uczęszczany szlak. Poprosiłam o to, a reszcie było wszystko jedno. Oni już widzieli warana na Rince i nawet nie interesowały ich te zobaczone w dziczy. A co to za frajda zobaczyć półdzikie zwierzę koczujące pod kuchnią? Ja nie rozumiem. Przygoda jest tam, gdzie warany czają się w krzakach i uciekają, kiedy nas słyszą!

Czapla czczona (Egretta sacra)

Wyspa Komodo skradła moje serce. Jest inna od Rinci. Przede wszystkim cała zielona! Pora monsunowa czyni cuda. Las był piękny, a pomiędzy gałęziami latały stada kakadu żółtolicych (Cacatua sulphurea), przemykały piękne wilgi żółtoczelne (Oriolus chinensis boneratensis) i przyglądały nam się śliczne i latające kury zielone (Gallus varius) – ich angielska nazwa green junglefowl brzmi tak dostojnie.

Niektórych dziwi, innych śmieszy lub przeraża uzbrojenie strażników Parku. Są oni wyposażeni w rozwidlony kijek. Tak, kijek. Taki, jak na zdjęciu poniżej. A Ty jakbyś się obronił? Ucieczką nie dasz rady – są szybsze. A kijkiem przytrzymasz za głowę na odległość, odepchniesz, uderzysz. Może to bawi, ale grunt, że kijek jest skuteczny!

Spaliśmy na statku w jednej z okolicznych zatok. Kąpiel na głębokiej wodzie, spory kawałek od brzegu, przy blasku księżyca, to coś wspaniałego! Było sporo śmiechu i skakania z rufy, a jeszcze przed zachodem przybiła do nas nawet łódź oferująca zimne piwo! Noc na matach pod gołym niebem uważam za udaną!

Pink Beach

Różowa plaża nie kojarzy mi się inaczej niż z leniuchowaniem. Ale każdemu się czasem należy. W przeciwieństwie do dużego statku obok nas, którego pasażerowie schodzili na Komodo suchą stopą, my mieliśmy trochę frajdy. Musieliśmy przepłynąć wpław około sto metrów dzielących nas od brzegu. A po drodze takie rafy! Aż się nie chciało schodzić na ląd. A im głębiej, tym piękniej! Mieliśmy ze sobą jedynie malutki wodoszczelny aparacik, ale trzeba przyznać, że pływanie z nim stanowiło wyzwanie. Ciągle był strach, że wypadnie z ręki i spadnie na dno gdzieś poza naszym zasięgiem. Widzieliśmy za to żółwia zielonego (Chelonia mydas).

Plaża jest lekko różowa, ze względu na sporą zawartość pokruszonego czerwonego koralowca w piasku

A oto sprawca całej tej różowości

Przy brzegu było też sporo większych odłamków. Niestety, biedak zginął, prawdopodobnie w czasie sztormu. Plaża znajduje się w jednej z zatok na wyspie Komodo, a martwe koralowce wyrzucane są na nią przez pływy morskie.


Ten gatunek belonowatych (Tylosurus crocodilus) spotykaliśmy dość często. Mogą być niebezpieczne ze względu na ostre, wydłużone szczęki. Ich angielska nazwa to „needlefish”, czyli ryba-igła. Ta para przegoniła nas parę razy ze swojej „dzielnicy”.

Manta Ray!

Zdecydowanie najlepszą częścią wszystkiego było pływanie z mantami (Manta birostris)! Potwory o długości ciała sięgającej 5 metrów i rozpiętości płetw dochodzącej do 7 metrów sprawiały, że włosy się jeżyły na karku. Mimo że te ryby ważą nawet dwie tony, nie stanowiły dla nas żadnego zagrożenia. Żywią się głównie planktonem, czyli organizmami roślinnymi i zwierzęcymi unoszącymi się w toni wodnej, a także małymi rybami. Swoją drogą, trochę się tego planktonu sama najadłam. Byliśmy w pobliżu wysp, ale jeszcze bliżej otwartych wód i dno było poza zasięgiem wzroku. To mnie trochę przerażało.

Nagle padło hasło: “Mantas!” i członek załogi wskoczył do wody. Nie myśląc za wiele, rzuciłam się za nim, a po wynurzeniu zobaczyłam, że mój kuter płynie dalej i nikt więcej nie skoczył. Lekko spanikowałam, ale za chwilę było słychać kolejne pluski i ujrzałam całe stado machających rąk, zmierzających w jednym kierunku. W wodzie zrobiło się spore zamieszanie. Manty były wszędzie, trochę bliżej, trochę dalej. Kierownik naszego statku wskazywał palcami z pokładu, gdzie najlepiej płynąć.

To było coś niesamowitego. Nagle wpłynęła w nas ogromna ławica tych stworzeń. Były wszędzie, pod wodą nie widziałam nic, poza rybami – Daniela i resztę mogłam namierzyć jedynie po wystających z wody rurkach od maski. Na zdjęciu tego nie widać, ale każda z tych ryb mierzyła około 30 cm. Znaleźć się na kilku minut w samym centrum zdarzeń – bezcenne. 

Połów jednego z rybaków

To wszystko było takie nierealne. Woda chłodna, a prąd silny – z trudem stawialiśmy mu opór. Do tego mikroorganizmów było tak wiele, że morze było mętne. Zatrzymaliśmy się z Danielem na chwilę i wtedy tuż pod naszymi stopami przepłynęły dwa olbrzymy. Były tuż na wyciągnięcie ręki. I choć nie stanowiły dla nas zagrożenia, kiedy kolejna manta płynęła w naszym kierunku, zaczęliśmy uciekać w popłochu. W wodzie spędziliśmy wyczerpujące dwie godziny i z trudem dotarliśmy na statek. Płynęłam najszybciej jak mogłam, ale ciągle byłam w tym samym miejscu. Gdy zwalniałam, silny prąd od razu mnie znosił. W końcu zdecydowaliśmy się płynąć prostopadle do nurtu i tym sposobem udało nam się z niego wydostać. Ale dosłownie resztkami sił… Mimo wszystko, było warto!

Jeszcze

W drodze na Kanawę, która nie jest już w Parku Narodowym, towarzyszyły nam żółwie. W notatniku zapisałam sobie “penyu sisik”, co oznacza żółwia szylkretowego (Eretmochelys imbricata). Nie wiem jednak, jak go rozpoznali. Co chwila wynurzały się jedynie głowy, by zaczerpnąć powietrza. A skurczybyki nie są małe! Piękny pokaz dały nam też ryby z rodziny ptaszorowatych (Exocoetidae), które “frunęły” w odległości 2 metrów od nas. Coś pięknego!

Kiedy zanurzałam dłonie  w wodzie, przy samym statku przepłynął pęz dwubarwny (Pelamis platurus). Pierwszy raz widziałam pływającego węża. Jaki on był sprawny! Dopiero później dowiedziałam się, że jest równie jadowity. W wodzie dał się jeszcze wypatrzeć wisłogon żmijowaty (Laticauda colubrina), a przy brzegu samej Kanawy pluskaliśmy się z… pięcioma żarłaczami rafowymi czarnopłetwymi (Carcharhinus melanopterus). Może i nie jest to zbyt imponujący przedstawiciel rodziny rekinów, wszystko odbyło się na bardzo płytkich wodach i z dziećmi (ok. 80 cm długości), to i tak wywarło to na mnie ogromne wrażenie.

Jedna odpowiedź do “Kraina pradawnych smoków – Park Narodowy Komodo”

  1. No nie:) jest to tak plastyczny obraz, że czuje się te emocje. Gratulacje! Nie dawajcie czekać na kolejne wpisy! Wciąż zaglądamy na Waszą stronę!
    Myślę, że inni odwiedzający też by chcieli więcej i więcej! Czyż nie?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *