Tajemnice „relocation deals”, czyli kamperem po Australii!

Co to są relocation deals i jak podróżować po Australii kamperem za dolara dziennie? No dobra, w ostatecznym rozrachunku wychodzi zdecydowanie więcej niż dolar. Niemniej jednak jest to jeden z najlepszych i najwygodniejszych sposobów podróżowania po Australii.

Czym jest relocation deal?

Faktem powszechnie znanym jest, że Australia to ogromna połać lądu o niewielkim zaludnieniu. Miasta rozrzucone są wzdłuż wybrzeża, a skala odległości między nimi nie przypomina niczego, co znamy z Europy. W niemal każdym mieście funkcjonuje po kilka wypożyczalni nie tylko zwykłych samochodów, ale również samochodów kempingowych (kamperów). Podróżowanie takimi samochodami jest niezwykle popularne w krainie kangurów, z tym że niektóre kierunki są dużo bardziej oblegane od innych. Ze względu na odległości i specyfikę terenu, osoby wypożyczające taki samochód bardzo często wybierają się w podróż „w jedną stronę”. Oznacza to, że na przykład jadą południowym wybrzeżem z Perth do Melbourne, zostawiają auto w filii wypożyczalni i wracają do domu samolotem. Komu chciałoby się pokonywać z powrotem 5000 km tą samą drogą po pustyni?

Taka tendencja powoduje, że wypożyczalnie stają przed wyzwaniem balansowania liczby samochodów pomiędzy swoimi filiami. Tu właśnie wkraczamy my, czyli łowcy relocation deals! Wypożyczalnie, aby ograniczyć koszty przerzucenia potrzebnego samochodu z jednej strony Australii na drugą, ogłaszają różne promocje. Na przykład: masz sześć dni na przejechanie z Adelajdy do Perth, ze względów prawnych płacisz dolara dziennie za samo wypożyczenie i jako bonus dostajesz $250 zwrotu za paliwo w miejscu docelowym. Dodatkowo, za 75 dolarów dziennie, możesz przedłużyć swoją wycieczkę o dwa dni. Brzmi jak bajka, prawda?

Haczyki

Niestety, w tej bajce jest jedno bardzo bolesne ograniczenie: limit kilometrów jaki można zrobić danym autem na danej trasie. Wypożyczalnie zdają sobie sprawę, że przecież wcale nie jedziesz tym autem dla nich, tylko dla siebie. Jest przy tym bardzo prawdopodobne, że będziesz chciał odbić nieco z trasy i nawinąć dodatkowe kilometry podziwiając widoki, zwiedzając i zatrzymując się na odpoczynek. Oczywiście jest to wkalkulowane w limit i do najkrótszej trasy dolicza się odpowiedni darmowy „margines”, który możemy bez problemu wykorzystać w celach rekreacyjnych. W naszym przypadku nie był to jednak limit wystarczający i musieliśmy z tego względu odmówić sobie zobaczenia paru miejsc. Trzeba na to bardzo uważać, bo za każdy kilometr ponad limit będziemy obciążeni dodatkową opłatą. W przypadku kiedy wybierzemy opcję rozszerzoną i dokupimy dodatkowe dni, to wraz z nimi zostaną nam przydzielone dodatkowe kilometry (u nas było po ok. 250 km na dzień).

To nie nasza sprawka! Tak już zastaliśmy tego biedaka. Niestety wszystkie wombaty, które widzieliśmy były martwe… Raz byliśmy bliscy potrącenia kolczatki, ale na szczęście udało jej się ujść z życiem!

Ukryte koszty

Kolejnym haczykiem jest ubezpieczenie, które trzeba koniecznie wziąć pod uwagę wypożyczając auto w Australii. Szczególnie jeśli zamierzamy jechać przez pustkowia Australii Zachodniej albo inne bezdroża. Kangury i inne zwierzęta czają się na każdym rogu gotowe rzucić się pod koła, zwłaszcza wieczorem. Rezygnując z ubezpieczenia od takich wypadków, zostaniemy obciążeni pełnymi kosztami naprawy samochodu oraz dodatkowymi karami wynikającymi z niedostarczenia auta na czas dla kolejnego klienta. Poza tym spora część dróg jest szutrowa. Nie wahaj się, nie warto oszczędzać tych kilkuset złotych mając w perspektywie niepotrzebną utratę wielu tysięcy. Jest wiele opcji do wyboru, każdy znajdzie coś dla siebie.

Podsumowując koszty i możliwości, jakie zyskujemy korzystając z relocation deal, wychodzimy zdecydowanie na plus (w stosunku do innych opcji przemieszania się po Australii). My akurat skorzystaliśmy z trasy Adelaide – Perth i wypożyczalni Apollo. Po podzieleniu wszystkich kosztów – jakie musieliśmy ponieść w związku z wypożyczeniem – przez ilość dni, wyszło nam około 30 dolarów australijskich dziennie oraz bonus $250 na paliwo. Biorąc pod uwagę, że normalna cena to ok. 200 dolarów za dobę (plus paliwo), wnioski nasuwają się same.

Gdy brakuje wody, wszystko wygląda inaczej, a naczynia czyści się piaskiem! Mimo 40-litrowych baniaków z wodą i ogromnej oszczędności cennego płynu, kilka razy byliśmy bliscy paniki, kiedy zapasy się kurczyły. 

Na naszym przykładzie

Stacjonowaliśmy akurat w Melbourne, był to początek naszej wyprawy po Australii. Znaleźliśmy ofertę przejażdżki z Melbourne do Cairns ogromnym rodzinnym busem-camperem z sześcioma miejscami noclegowymi. Ze względu na spalanie martwiły nas trochę gabaryty, ale zarezerwowaliśmy i tak bojąc się, że nic lepszego już nie będzie. Myliliśmy się jednak.

Po namyśle wzięliśmy pod uwagę nie tylko koszty przejazdu, ale również powrotu do Jakarty, skąd mieliśmy lot z powrotem do Polski. Koszty przelotu z Cairns przeraziły nas do tego stopnia, że zrezygnowaliśmy nawet z wpłaconej kaucji – około 200 zł.

Wybraliśmy inny deal, trasa Adelajda – Perth, Toyotą Hilux z napędem na cztery koła i trzylitrowym silnikiem diesla. Brzmiało fantastycznie, a teraz mogę powiedzieć, że tak też było. Do Adelajdy po dwunastogodzinnej jeździe dotarliśmy autobusem. W wypożyczalni czekał już na nas potwór na kołach, którym mieliśmy przemierzyć tysiące kilometrów po pustyniach Australii. W biurze po kilku momentach rozczarowań nieplanowanymi kosztami ubezpieczenia oraz zakazem jazdy w terenie w trybie 4×4 podpisaliśmy stosowne papiery. Bardzo miły pan pokazał nam również magiczny stolik z darmowymi przedmiotami. Okazuje się, że w kamperach po klientach zostaje masa wciąż użytecznych przedmiotów i jedzenia. Zaopatrzyliśmy się więc w cukier, ryż, miód, cytrynę (!), masło i wiele wiele innych mniej lub bardziej przydatnych rzeczy i ruszyliśmy w drogę.

Opis całej trasy znajdziecie w  kolejnych wpisach, zaś tu wspomnę jeszcze o kilku istotnych kwestiach.

 Road train’y, czyli trójnaczepowe tiry są prawdziwym postrachem australijskich dróg.

Bezpieczeństwo w trasie

Najważniejszym przedmiotem w samochodzie poza kierownicą i hamulcami jest nadajnik GPS. Każdy, kto pokonuje tereny oddalone od cywilizacji, przez które jechaliśmy, czyli między innymi pustynię Nullarbor jest zobowiązany posiadać nadajnik GPS, umożliwiający wezwanie pomocy w razie poważnego wypadku. Po naciśnięciu magicznego przycisku przylatuje helikopter i jesteśmy uratowani! Już nie raz podobne urządzenia uratowały życie turystów. Należy jednak pamiętać, że za bezpodstawne użycie nadajnika zostajemy obciążeni ogromnymi kosztami przylotu służb ratowniczych oraz ukarani sporym mandatem.

W ciemności!

Ostatnia rzecz, która wydaje mi się szalenie ważna, nie jest może związana z samym relocation deal, ale w ogóle z jazdą samochodem w Australii. Kangury są tam bardziej popularne niż u nas koty, psy i gołębie razem wzięte. Są dosłownie wszędzie. Absolutnie i kategorycznie odradzam jazdę poza miastem wieczorem i po zmroku, ponieważ dosłownie na każdym kroku można spotkać świecące w buszu przy drodze kangurze oczy. Zwierzęta te nie są aktywne w dzień z powodu gorąca, za to wieczorem wychodzą tłumnie w poszukiwaniu pożywienia. Mieliśmy raz nieprzyjemność oglądać pobojowisko, które pozostało na drodze po jednej z nocy na granicy prowincji o nazwie Australia Zachodnia. Przerażający slalom między jeszcze świeżymi ciałami kangurów trwał wiele kilometrów i pozostawił trwałe ślady w naszej psychice. Nie był to jednak odosobniony przypadek, przy drogach gniją dosłownie tony potrąconych kangurów. Apelujemy więc po stokroć – nie jedź szybko ani po zmroku, szkoda życia kangurów i przede wszystkim Twojego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *