Kajakiem w górę rzeki. Ujung kulon – część druga

Czwartego dnia w parku narodowym mieliśmy eksplorować Ujung Kulon kajakiem. Długo czekałam na ten moment i nie mogłam ukryć podekscytowania. Bo jak się nie cieszyć, kiedy kilkakrotnie upewniano się w Sumurze, że rozumiesz znaczenie słów: “niczego nie dotykać w wodzie ani na drzewach. Najlepiej nie wychylajcie się z kajaka i trzymajcie ręce przy sobie”. Węże i krokodyle, o tak.

Robaczywa kawa

W nocy zwierzęta narobiły trochę horrorowej atmosfery. Po skierowaniu światła latarki w którąkolwiek stronę błyszczały oczy. Tuż przed wyjściem z naszego budynku legowisko urządziło sobie stado sambarów sundajskich (Rusa timorensis). Samce miały zacne poroże i nie chcieliśmy ich przestraszyć. Pawica z kolei urządziła sobie miłosną serenadę, chyba z tęsknoty do mnie.

Byliśmy już zwarci i gotowi skoro świt. Wstaliśmy wcześniej, żeby samotnie zwiedzić wyspę Handeleum. Okazało się, że nie ma co zwiedzać. Właściwie to dżungla była zbyt gęsta, by się swobodnie poruszać. Nie znaliśmy terenu, więc sobie odpuściliśmy.

Już od rana nie mogliśmy uniknąć nieporozumień. O 7 poszłam na statek dowiedzieć się od załogi, o której wypływamy. W odpowiedzi przyniesiono nam kawę. W oczekiwaniu na odpłynięcie zdecydowaliśmy się napić. Ku naszemu ogromnemu zdziwieniu z opakowania, zamiast kawy, zaczęły wypadać żółte robale. W większości martwe. Strażnik zdawał się tego nie zauważać, zalał trzy napary i chciał sobie z nami spokojnie sączyć. Z zaskoczenia prawie wyskoczyły mi gałki z oczodołów. Moja myśl: “umrę zachłysnąwszy się robakiem, ale siara”. Daniel, niby dosypując cukier, wyrzucał unoszące się na powierzchni insekty. Ja jednak nie mogłam się przełamać, wyobrażałam sobie tylko robale, ich wymiociny i odchody zalane wrzątkiem. Ale sytuacja była delikatna, znaleźliśmy się w położeniu, w którym nie wypadało nam się nie napić. Może to tak nie brzmi, ale uwierz, że presja była ogromna. Udawałam, że kawa jest za gorąca i nie mogę się jeszcze napić. Wtedy strażnik wyszedł na papierosa, a ja swój napój wylałam w krzaki. Nawet paw nie chciał tego jeść!

Cigenter

Jakiś czas później schodziliśmy już z naszej łodzi o nazwie Romantik do kajaka. Byliśmy kilkaset metrów od brzegu, a woda była wzburzona. Mocno zestresowało mnie przebycie odcinka do ujścia rzeki. Najtrudniejszy był moment, kiedy fale zaczynały się załamywać przy brzegu. Bardzo wtedy nami rzucało. Kajak, zamiast unosić się z falą, był przez nią przykrywany. Sporo wody dostało się do jego wnętrza, a my byliśmy cali mokrzy. Ujście rzeki Cigenter dostrzec można było jedynie z bliska. Przez chwilę się zastanawiałam, czy płyniemy na brzeg i będziemy gdzieś przenosić kajak.

Opuszczamy Handeleum! Choć na horyzoncie chmury, słońce pali skórę.

Romantik pozostał dawno w tyle. Po prawej łódź, której pasażerowie przyjechali do dżungli pośmieszkować…

Ujung Kulon kajakiem

Wpłynięcie na wody Cigenter było niczym przeniesienie się do zaginionego świata. Brak mi słów, by opisać to, czego tam doświadczyłam. Daniel i chłopiec, który był naszym przewodnikiem, delikatnie wiosłowali. Płynęliśmy w absolutnej ciszy. Moje ciało na zmianę przeszywały dreszcze i ciarki. Ten las, ta dżungla… Doświadczyłam szczęścia w czystej postaci. Ze łzami w oczach i wrażeniem uniesienia duchowego wsłuchiwałam się w odgłosy natury. Ptaki przekrzykiwały się wzajemnie, jakby każdy chciał pokazać innym, że jest głośniejszy. Co chwilę trzaskały gałęzie, bliżej i dalej. Uginały się korony drzew i trzepotały skrzydła dzioborożców (Bucerotidae).

Tuż przed ujściem rzeki. Roślinność jeszcze stosunkowo rzadka.

Fauna

Nisko nad nami przeleciał dziwogon rajski (Dicrurus paradiseus), piękny czarny ptak z rozwidlonym ogonem i dwoma długimi piórami na jego końcu. Chwilę później zobaczyłam zimorodka (Alcedo atthis). To spotkanie mnie rozbawiło, bo wielokrotnie starałam się “przyłapać” tego ptaka w Europie. Czaiłam się o świcie w budkach obserwacyjnych. Musiałam jednak polecieć na koniec świata, żeby przyjrzeć mu się w naturalnym środowisku.

Pochłonięta wypatrywaniem krokodyli, nie zauważyłam zwisającego przed nami węża. Był to spory okaz pytona siatkowego lub tygrysiego ciemnoskórego (Python reticulatus / Python molurus bivittatus). Chwilę później w zaroślach spotkałam spojrzenie czarnego lutunga jawajskiego (Trachypithecus auratus). Z kolei w koronach drzew mignęło nam uciekające stado innych małp. Wydaje mi się, że były to gibony srebrzyste (Hylobates moloch), ale pewności nie mam. Tylko tutaj udało nam się zaobserwować młode warany leśne (Varanus salvator). Niespełna półmetrowe jaszczury i tak robią wrażenie.

Pyton siatkowy / tygrysi ciemnoskóry (Python reticulatus / Python molurus bivittatus)

Prawdziwa dzicz – czas start.

Bez szans

Punktem końcowym „wycieczki” była barykada z drzew na rzece. Do tej tamy prowadzi kawał rzecznej drogi. Dogłębnie można odczuć odległość cywilizacji i ewentualnej pomocy. Kiedy fala fascynacji na chwilę mnie opuściła, w jej miejscu zawitał niepokój. Wydawało mi się, że zobaczyłam zanurzony łeb krokodyla i choć wcześniej marzyłam, by go ujrzeć, wtedy byłam przerażona. Dotarło do mnie, jak łatwo wywrócić nasz kajak. Wystarczyłoby, żeby któreś z nas mocniej przechyliło się w jakąś stronę. A w wodzie nie masz już żadnych szans. Nawet jeśli będziesz szczęściarzem, wciąż znajdujesz się 45 minut drogi od ujścia rzeki – niebezpiecznej wody w sercu lasu deszczowego. Poruszanie się jej brzegiem wydawało mi się niemal niemożliwe. Roślinność jest taka gęsta!

Dłonie zaciśnięte w pięści

Moje rozważania przerwały niespodziewane dźwięki. Po sekundzie przerodziły się w hałas. Szybko zorientowałam się, że krokodyla paszcza była jedynie podtopionym liściem palmy. Dżungla niemal opustoszała, wszystkie zwierzęta poza cykadami ucichły. Tylko nie ten dźwięk. Śmiech i krzyki. Ludzie. Rozwścieczyło mnie zachowanie pasażerów mijającej nas „tratwy”. Było ich kilkunastu na takim samym kajaku jak nasz. Mieli oni za nic przyrodę, ciszę i spokój. Śpiewali, żartowali, mało interesowało ich otoczenie. Za to nie omieszkali zrobić zdjęć białasom, czyli nam. Tak właśnie wygląda zainteresowanie Indonezyjczyków tym, co w ich kraju najcenniejsze – naturą.

Nasz nastoletni sternik od razu wychwycił oburzenie swoich „turystów”. Złapał się gałęzi i przytrzymał kajak. Czekaliśmy chwilę, aż tamci dopłyną do powalonych drzew, zawrócą, miną nas i trochę się oddalą. Doceniam jego gest, bo widziałam, że czuł to samo co my. Chłopiec, najwyżej piętnastoletni, był bardziej świadomy od dorosłych. Niestety, banda Azjatów skutecznie wystraszyła okoliczne życie.

Dopłynąwszy do zatoki, spotkaliśmy ekipę badaczy. Obładowani sprzętem, ruszali właśnie na kilkutygodniowy marsz w głąb lasu. Chciałabym być wśród nich. Dowiedzieliśmy się, że wybierają się na coroczne liczenie nosorożców jawajskich (Rhinoceros sondaicus). Mieli sprawdzać ich tropy, kamery pułapki, szukać wskazówek dotyczących zdrowia osobników, usuwać wnyki. Przywrócili mi wiarę w lokalną ludność, ale tylko częściowo.

Chociaż raz

Uważam, że każdy człowiek (przynajmniej raz w życiu) powinien wejść do dżungli. Jest to doznanie magiczne i mistyczne zarazem. To, co dzieje się w ludzkiej głowie, jest nie do opisania. Można odbyć prawdziwą podróż duchową. W takich miejscach docenia się naturę bardziej niż gdziekolwiek indziej. Dopiero zetknięcie się z terenem pozwala zrozumieć ogrom szkód wyrządzonych przez człowieka i radość życia, którym tętnią lasy. Zaskakujące jest to, że żywe organizmy są wszędzie, a las nie milknie nawet na sekundę.

Spokojna woda przed nawałnicą. Cztery godziny do Sumuru.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *