Dlaczego na wulkan Iya nikt nie organizuje wycieczek? Ende, Flores

Ende jest, powiedzmy, główną bazą wypadową na górę Kelimutu, oddaloną o jakieś 50 km od miasta. Znacznie bliżej jednak znajduje się wciąż aktywny, fantastyczny wulkan Iya. Ende leży “u nasady” małego półwyspu składającego się głównie ze wspomnianego wulkanu, co oznacza, że ściany wzniesienia opadają wprost do oceanu. Dzięki temu całą formacja wygląda niesamowicie zarówno z wody, powietrza, jak też ze szczytu samego wulkanu.

Jak diabła malują

Po powrocie z Kelimutu, po dłuższych poszukiwaniach, wynajęliśmy skuter w miejscowej wypożyczalni. Nie uwierzycie, ale trzeba się nieźle nachodzić i naprosić, żeby wypożyczyć skuter w Ende. Nie wiedząc jeszcze zbyt wiele o okolicy, zrobiliśmy małe rozeznanie online. Okazało się, że wulkan Iya leżący nieopodal to malownicze miejsce, ale ponoć bardzo niebezpieczne. Natrafiliśmy na kilka opinii, które mówiły, żeby nie pchać się raczej w tamtą stronę, a jeśli już, to z przewodnikiem, którego niełatwo w Ende znaleźć. Jeśli jednak zdecydujesz się iść na własną rękę, to zabierz więcej wody niż wydaje ci się, że jest potrzebne i wyjdź wczesnym rankiem. Temperatura w ciągu dnia jest nieznośna, a po drodze nie ma niczego, co dawałoby choć trochę cienia. Droga na górę jest myląca, brakuje szlaku, dobrze więc zaznaczyć ścieżkę kolorowymi sznurkami w mylących punktach. Brakuje jakichkolwiek “udogodnień” w rodzaju drogowskazów czy barierek, bardzo łatwo jest ześlizgnąć się w przepaść lub szparę w zboczu Iya. Trzeba też uważać na wydobywającą się dosłownie spod stóp siarkę.

Pierwsze trzydzieści minut marszu było bardzo toksyczne.

Widok ze zbocza wulkanu Iya.

Większość okolicznych krzewów i traw spowijała ta pnąca, pomarańczowa roślina.

A teraz, jak to było naprawdę

Nie ma co się oszukiwać, łatwo nie było, ale też nie tak ekstremalnie jak opisy przedstawiane w tych słynnych Internetach. Na zdobytym skuterze pojechaliśmy w kierunku wejścia na wulkan, w sumie trochę na czuja. Trochę się zdziwiliśmy, kiedy zamiast w objęcia natury, trafiliśmy na… wysypisko śmieci. Początkowo widok przypominał kamieniołomy, po których jeździły ciężarówki z urobkiem. Podjechaliśmy kawałek pod górę, ale bardzo szybko droga przestała być przejezdna dla małego skuterka z dwoma osobami. Zostawiliśmy go więc w jakichś krzakach za namową lokalnego “górnika” i poszliśmy dalej piechotą. Widok był coraz gorszy, ale tym, co opanowało nasze zmysły, był niewiarygodny smród. Smród palonych śmieci. Okazało się, że podnóże wulkanu Iya zostało zamienione przez mieszkańców w ogromne wysypisko. Idąc rozjeżdżoną przez ciężarówki drogą można było zobaczyć kolejne warstwy odpadów przykryte kiedyś warstwami ziemi. Teraz wszystko zaczęło z powrotem wyłazić na wierzch, tworząc smutny i obrzydliwy obraz zepsucia i ignorancji ludzi względem natury. To, co przestało się mieścić pod ziemią, zaczęto palić, zatruwając całą okolicę.

Co kilkadziesiąt metrów widać było ludzi, często dzieci, przekopujące wysypisko, pewnie w poszukiwaniu wciąż użytecznych przedmiotów. Widok pięcioletnich maluchów buszujących z torbami po hałdach syfu chwytał za serce. W innych miejscach wykopywano chyba jakieś kamienie o szczególnym składzie. Zapewne miało to związek z wulkanicznym podłożem całego terenu.

Widok z krawędzi dawnej kaldery. 

 Po mojej koszulce widać, jak ważne jest aby wziąć dużo wody : )

Grunt jest bardzo luźny i osuwa się pod stopami, łatwo o trafienie wprost w „paszczę potwora”.

 Opary, choć widać je tylko w dole, wierciły w nosie przez cały pobyt na górze.

Ola szukająca cienia pod krzakiem.

Wreszcie czysto

Szliśmy dalej aż do końca drogi przez tę okrutną zbrodnię na przyrodzie. Tam spotkaliśmy kolejnych górników, prosząc ich o wskazanie drogi na szczyt. Pierwszy raz byliśmy w położeniu, w którym kompletnie nie wiedzieliśmy dokąd iść. Zmęczyliśmy się już samym szukaniem szlaku, wypijając pierwsze pół litra wody. Wejście na Iyę nie jest w żaden sposób oznaczone ani oficjalnie dostępne dla turystów. Górnik pokazał nam jakąś zarośniętą ścieżynkę, a właściwie koryto wyschniętego strumyka, którym ruszyliśmy w górę. Od tego momentu zaczęło robić się naprawdę ładnie. Zostawiliśmy za sobą poniżej cały smród śmietniska i mogliśmy cieszyć się… siarkowym powietrzem.

7 rzeczy do zapamiętania przed wyjściem na wulkan Iya

Nasz szlak wielokrotnie ginął w trawie czy krzakach, ale wiedzieliśmy, że trzeba po prostu iść w górę. Tak jak przeczytaliśmy wcześniej, po drodze praktycznie nie było wyższych drzew, więc widzieliśmy szczyt przez cały czas. Co do warunków, to muszę przyznać, że potwierdziło się wszystko, przed czym nas ostrzegano:

    • Wyjdź bardzo wcześnie rano. My zaczęliśmy o 7, powrót wypadł ok. 13, a i wtedy było naprawdę nieznośnie gorąco i sucho.
    • Weź więcej wody niż Ci się wydaje, że trzeba. Mieliśmy wziąć jedną dużą butelkę, w ostatniej chwili się zreflektowałem i wziąłem drugą. Przydałaby się jeszcze jedna, bo musieliśmy mocno racjonować to, co zabraliśmy.
    • Zredukuj wagę plecaka. Tylko nie kosztem wody. Marsz powyżej połowy drogi robi się ciężki i wymagający. Czuć każde dodatkowe pół kilo.
    • Weź nakrycie głowy. Koniecznie! Po drodze naprawdę nie ma gdzie się schować, a słońce świdruje mózg. W jednym tylko miejscu jest kępka iglaków, ale nie daje zbyt dużo cienia. Kilka drzew jest dopiero na szczycie.
    • Ubierz dobre buty. Podłoże na dole jest raczej zwarte i trawiaste, ale im wyżej, tym bardziej niebezpiecznie. Ziemia staje się sypka i żużlowata, osuwa się spod stóp w nieoczekiwanych momentach. Schodzenie to już prawdziwe wyzwanie, o upadek łatwiej niż o cokolwiek innego.
    • Uważaj na stromizny i pęknięcia w ziemi. Nie są one ogromne, ale wymagające. Najgorszy jednak jest ten sypki, zdradziecki grunt. Trzeba patrzeć pod nogi.
    • Iya zbiera śmiertelne żniwo. Nawet mieszkańcy tam nie chodzą. Bądź ostrożny!

Marsz w górę zajął nam ponad 2 godziny, a nie oszczędzaliśmy się za bardzo. Wiedzieliśmy, że nie możemy sobie pozwolić na dłuższe odpoczynki, choćby ze względu na wodę i piekące słońce.

 Widok  z góry na miasto Ende. Za nami ocean aż do Australii.

 „Drzewa” na zboczu Iya.

Na górze patrz pod nogi

Po dotarciu na grań po drugiej stronie, zobaczyliśmy wielką nieckę starego krateru. Była porośnięta niewielkimi kępkami traw i w zasadzie nic poza tym. Na pniu drzewa zobaczyliśmy strzałkę zostawioną przez któregoś z turystów i poszliśmy za jej wskazaniem w prawo. Doświadczeni poprzednimi wizytami na wulkanach, spodziewaliśmy się wkrótce poczuć znajomy zapach siarki. Prawdę mówiąc, opary dolatywały do nas już podczas wspinaczki. Idąc w kierunku urwiska, które widzieliśmy z daleka, dostrzegłem w pewnym miejscu opary wydobywające się wprost ziemi. Mając na względzie, że na pewno nie są najzdrowsze, obeszliśmy je szerokim łukiem. Obawialiśmy się jednocześnie osunięcia ziemi w jakąś jamę z gazem. Nie powiem, było przy tym trochę stresu.

Koniec drogi

Stawiając ostrożnie krok za krokiem dotarliśmy nad osuwisko. Stamtąd rozpościerał się fantastyczny widok na ocean i jego fale rozbijające się o ściany wulkanu. Na jednym z rumowisk widać było charakterystyczne żółte przebarwienia. Źródła czystej siarki. Dalej przed nami widać było krawędź osuwiska, położoną jeszcze wyżej, ale wyglądała bardzo niebezpiecznie i krucho, więc daliśmy sobie z nią spokój. Widoki na samej górze są naprawdę warte całej wędrówki i wysiłku. Mnie jednak najbardziej urzekł fakt, że zapuszcza się tam naprawdę niewielu ludzi i miejsce nie jest w żaden sposób przystosowane czy ograniczane pod turystów. Nie ma drogowskazów, barierek, ostrzeżeń i tablic informacyjnych, a w razie wypadku jesteś zdany wyłącznie na siebie. Jest naprawdę dziko i może być niebezpiecznie.

Powrót nie nastręczył szczególnych trudności. Warto jednak wspomnieć, że o ile droga w górę była średnio bezpieczna, jeśli chodzi o niestabilny grunt, to w dół schodzi się 3 razy trudniej. Naprawdę łatwo o uszkodzenie kostki. Jeśli tylko się da, to stawiajcie kroki na kępach traw, jest mniejsza szansa na poślizgnięcie się.

 Najbardziej popularna przyprawa w Indonezji – chilli!

Targ

Wracając zahaczyliśmy jeszcze o jeden z fantastycznych targów, jakie można spotkać w każdym mieście i miasteczku. Indonezyjskie targi w ogóle są tematem na osobny wpis, może więc nie będę się tutaj rozwodził. Zapraszam do innych indonezyjskich wpisów!

3 odpowiedzi do “Dlaczego na wulkan Iya nikt nie organizuje wycieczek? Ende, Flores”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *