Zaginiony Świat. Tsingy the Bemaraha

Nie ma takich “ochów” i “achów”, które mogłyby opisać Tsingy, bo tego opisać się nie da. Zaginiony Świat, mistyczna kraina, ostoja Przyrody, imponujący cud naszej Planety – to nieliczne określenia, które przychodzą mi na myśl, by krótko opowiedzieć o tym miejscu. To być może ostatnie miejsce na Ziemi, które pozostaje niedostępne. Ostre jak brzytwy krawędzie skał, liczne labirynty formacji i pionowe ściany wypiętrzeń uniemożliwiają eksplorację. Naukowcy wciąż snują jedynie domysły, co można tam znaleźć?

Potężne wrażenie robi już sam fakt, że co miesiąc odkrywane są tu nieznane wcześniej naukowcom gatunki. Nawet my mieliśmy okazję zobaczyć kilka zwierząt “już sfotografowanych, ale wciąż niesklasyfikowanych, bez przynależności systematycznej”. A jednego pajęczaka nasz przewodnik pracujący od lat dla grup badawczych sam wcześniej na oczy nie widział. To są emocje!

Jeden z pierwszych postojów - problemy z silnikiem
Kolejny stop - wymiana koła
Malgaski dom wielorodzinny...

Dla kogo?

Niezależnie czy jesteś przyrodniczym freakiem, fanem mocnych wrażeń, zapalonym trekkingowcem, czy znudzonym światem leniuchem, Tsingy powali na kolana każdego, kto zdoła tu dotrzeć. Przyjazd jednak  nie należy do najprostszych i to nie ze względu na teren, a na czas, który pochłania podróż. W internecie znajdziesz masę informacji o prawdziwym off-roadzie, lekach przeciwwymiotnych i wyczerpującej drodze. Z ekscytacją czekaliśmy na to wszystko, aż nagle znaleźliśmy się na miejscu. Taka historia.

To jak z tą trasą?

Wszystko chyba zależy od tego, z czym w przeszłości przyszło się zmierzyć. Droga rzeczywiście jest wyboista, ale jeśli zdarzyło Ci się kiedyś zjechać w polską polną drogę, to będzie podobnie. Tak naprawdę podczas ośmiu godzin samej jazdy do Bekopaki było zaledwie kilka miejsc, gdzie ten napęd 4×4 faktycznie się przydał. I to przy końcu trasy. Te wszystkie niestworzone historie o dramatycznej drodze to chyba nagonka biur podróży. Do promu (przez rzekę przeprawia się dwukrotnie) dojeżdża taxi-brousse. Polonez dziadka też by dojechał. W porze suchej – podczas monsunu trasa jest pod wodą.

Przy minimalnej wilgotności powietrza i temperaturze w cieniu sięgającej 40 stopni Celsjusza mało kto wychodzi z domu
Postój numer X - problemy z łożyskiem
Postój numer X - problemy z łożyskiem
W wiosce spędziliśmy kilka godzin, podczas których mieliśmy okazję zostać główną atrakcją jej mieszkańców. Podczas spacerowania po okolicy śledziła nas horda dzieci (było ich kilkanaścioro), co utrudniało pójście za potrzebą...
A kiedy już zobaczyliśmy wszystko, co się dało, przyszła pora na zasłużoną kawę w strategicznym miejscu, z którego można obserwować postępy w naprawie. Gospodyni poczęstowała nas własnoręcznie zdjętym z drzewa miodem - był nadzwyczajnie smaczny!

Czym dojechać i za ile?

Najłatwiej jest wynająć jeepa z kierowcą w Morondavie. Odradzam inne możliwości, są jedynie stratą cennego czasu. Uwierzcie, jestem mistrzem oszczędzania i nieufności na wyjeździe.  Porównaliśmy większość dostępnych na miejscu ofert, ich dostępności i elastyczności trasy oraz środków transportu. Średnia kwota to 250 000 Ar. za dzień. Do ceny należy dodać zakwaterowanie, posiłki, promy, bilety i przewodnika. Tanio nie jest, ale warto na pewno.

Dlaczego nie lokalny busik? Przez wysoką śmiertelność na trasie spowodowaną szaleńczą jazdą przeładowanymi do granic pojazdami. Plusem jeepa z kierowcą jest też brak troski o problemy z pojazdem. My złapaliśmy gumę, rozpadło nam się łożysko, uleciało nam powietrze ze zmienionego koła i jeszcze jakieś drobne usterki. Raz naprawa zajęła szoferowi kilka godzin.

Jakie promy?

Przez rzekę przeprawia się dwa razy. Bilety kupuje się tylko “tam”, “z powrotem” jest już w cenie. Najpierw wjeżdża się na ogromną “paletę” rozłożoną między dwiema łodziami, a potem czeka jakieś 15-20 minut, aż wreszcie dobije się do brzegów Belo Tsiribihina. W tym czasie można podziwiać okolicę. Dopiero przy zjeździe na drugi prom zaczynasz rozumieć, dlaczego po drugiej stronie rzeki są same jeepy. Po pierwsze jest bardzo stromo, po drugie na tratwę wjeżdża się kilkanaście metrów od brzegu (z wody). Wyjazd też jest niezły. Już w Bekopace!

Zjazd na "prom"
Kania egipska (Milvus aegyptius)
Płyniemy. Na horyzoncie zabudowania w Belo
Druga przeprawa przez rzekę, do Bekopaki

Bekopaka – gdzie spać?

Świetną opcją jest Tanankoay z ogrodem botanicznym i polem namiotowym. Nocleg w bungalowach z wiatrakiem wyniósł nas 25 tysięcy ariarów. Tanankoay znajduje się na samym końcu wioski, przez co jest tu cudownie cicho, a wieczorem można udać się na przygodę na skraju lasu kserofitycznego. Czego? Jest to obszar drzew liściastych występujących w rejonach podrównikowych, gdzie pora deszczowa trwa krócej niż w “standardowym” lesie deszczowym. Pada tu zaledwie przez trzy miesiące w roku (ale tak, że wszystko jest pod wodą, a lokalne społeczności są dosłownie odcięte od siebie).

My tropiliśmy na przykład stado lemurowatych maki (Hapalemur sp.), które później okazały się być… ptakami kujami (Coua sp.).

Madagaskarskie legwany obrożne (Oplurus cuvieri) były stałymi mieszkańcami... drzwi wejściowych do naszej chatki. Półmetrowe skurczybyki robią wrażenie!
Prysznic po całym dniu w żarze i pyle jest prawdziwym luksusem. Kilkudziesięciometrowe studnie z każdym dniem są coraz mniej wypełnione wodą, która pompowana jest niemal z samego ich dna, a co się z tym wiąże - z osadem. Do brunatnej wody trzeba się po prostu przyzwyczaić. Należy jednak pamiętać, by nie polewać nią ran ani nie myć zębów. W ten sposób łatwo jest się nabawić infekcji lub zakażenia rozmaitymi bakteriami. Mogłoby się wydawać, że zimna woda przyniesie ulgę, jednak przy tak wysokich temperaturach i rozgrzanym ciele pierwsze "polanie" stanowi nie lada wyzwanie. W nocy temperatury spadają nawet do 15 stopni, więc nie polecamy kąpieli po 17 (czyli po zmroku).
W suchym lesie tropikalnym niełatwo o wodę w porze suchej, więc pod prysznicem zawsze spotka się jakiegoś zwierza. Najliczniejszą ich grupę stanowią płazy, a żaby gatunku Boophis doulioti (endemiczne dla wyspy) można obserwować niemal w każdej kabinie.
Gniazda wikłaczy nizinnych (Nelicurvius sakalava) są wszędzie w okolicy. Szczególną uwagę przykuwa jednak drzewo w centrum Bekopaki. Te cwane ptaki nie zamieszkały tu przypadkowo. Są bardzo szanowane przez Malgaszy, ponieważ żywią się insektami (w tym komarami roznoszącymi malarię). Wikłacze nie znajdują się jednak na szczycie łańcucha pokarmowego i stanowią idealną przekąskę dla ptaków drapieżnych, których w okolicy jest cała masa. Mieszkanie w centrum niesie za sobą bezcenną korzyść - w okolicy zawsze jest ktoś, kto przepędza groźne kanie, orły, krogulce czy myszołowy, pozwalając drobnym ptaszkom rozmnażać się w spokoju.
Ten gekon (Phelsuma borai) występuje wyłącznie w Tsingy de Bemaraha!

Tsingy – gdzie zdobyć bilety?

Można je kupić już w Morondavie w biurze Parków Narodowych. Zrobiliśmy tak, by uniknąć kolejek w Bekopace, a okazało się, że i tak musieliśmy odstać swoje. Każdy turysta jest zobligowany do rejestracji na miejscu i trzeba jeszcze wynająć licencjonowanego przewodnika. Cała procedura trwa wieki! Biuro otwierane jest o 8. rano i choć czekaliśmy od 6., mieliśmy siódme miejsce w kolejce.

Przewodnik?

Bez niego nie ma możliwości wstępu na teren Tsingy. Bez znajomości labiryntu można tam zostać na zawsze. Bardzo zależało nam na osobie, która pracowała wcześniej dla naukowców i płynnie mówiła po angielsku. Chcieliśmy odkryć coś wykraczającego poza naszą wiedzę. Moja i Ani fascynacja czwartą co do wielkości wyspą świata trwała już od wielu lat i nie istnieje chyba dokument jej poświęcony, którego nie oglądałyśmy. I tak oto został nam przydzielony Narcis – nasza wygrana na loterii!

Jego angielski był naprawdę świetny, co było dla nas dużym zaskoczeniem. Nie martwiliśmy się o używanie jak najprostszych zwrotów, można było mówić swobodnie. Narcis początkowo traktował nas jak przeciętnych turystów, dopiero kiedy usłyszał, że chcemy przejść całe Duże Tsingy, w jego oczach pojawiła się iskra. Szybko okazało się, że łączy nas miłość i szacunek do natury. Kiedy wypatrywaliśmy zwierzęta, których on nie widział i byliśmy chwaleni za sporą wiedzę – nie powiem, było to miłe! Narcis opowiadał o wszystkim w taki sposób, że nawet laik słuchałby jak zaczarowany. Miało się wrażenie, że dżungla go słucha.

Big Tsingy?

Big Tsingy rozciąga się na obszarze 157 710 hektarów. Szacuje się, że aż 85% gatunków występujących tu roślin i zwierząt jest endemicznych dla rejonu – nie występuje nawet w innych miejscach na Madagaskarze. Słowo “Tsingy” po malgasku oznacza “chodzenie na paluszkach” (ze względu na ostre skały). Jest to wapienny płaskowyż, leżący około godziny drogi od Bekopaki. Dostępne są różne obwodowe trasy, połączone dwugodzinną ścieżką przez jaskinie i tropikalny las. My zdecydowaliśmy się na połączenie szlaków w całość, a ich przejście zajęło nam około 10 godzin. Dostęp dla turystów jest ograniczony do niewielkiego terenu. Przez całą trasę mieliśmy na sobie uprzęże, które zabezpieczały nas podczas wspinaczki. Wynajem jest wpisany w koszt biletu wstępu, więc nie należy się o nic martwić.

Szczeciak ciemny (Hypsipetes madagascariensis)
Lepilemur zachodni (Lepilemur randrianasoloi)
Pierwszy widok na płaskowyż
Narcis
Podkasaniec (Miniopterus sp.)
"Dziury" w sklepieniach jaskiń są dziełem... nietoperzy. Te latające ssaki są bardzo przywiązane do miejsca. Przez lata chwytania odnóżami tego samego kawałka skały wapiennej, systematycznie drążą swoje "sypialnie".
Skały przyjmują różnorodne formy, które łączy jedno - ostre krawędzie
Owadożer madagaskarski (Polyboroides radiatus)
Narcis na szczycie
Dopiero z bliska widać, że najmniejsze potknięcie może skończyć się tragicznie
Sifaka kremowa (Propithecus deckenii)
Sifaki żyją w małych grupach rodzinnych, w których panuje matriarchat. Należą do nielicznych naczelnych, które łączą się w pary na całe życie. Młode po osiągnięciu dojrzałości płciowej opuszczają swoją grupę i szukają partnera, by założyć własną rodzinę. Podobno wcale nie tak łatwo je spotkać. My mieliśmy okazję przeciąć szlaki z aż trzema rodzinami, z czego największa liczyła aż 9 osobników (Narcis nie mógł uwierzyć w nasze szczęście).
Lemuria rdzawa (Eulemur rufus). Spora grupa tych sympatycznych ssaków urządziła sobie hulanki nad nami podczas małej przerwy piknikowej. Pojawiły się niedługo po tym, jak zamilkliśmy konsumując kanapki. Były wszędzie dookoła, zeskakiwały ze skały, w której cieniu się schowaliśmy. Takie obiady, to ja mogę jeść codziennie!
Jaszczurka rodzaju Madascincus
Lepilemur zachodni (Lepilemur randrianasoloi)

Small Tsingy?

To mniejsze formacje wapienne, o wiele niższe i łatwo dostępne. Jednak wcale nie mniej atrakcyjne. Sporą część czasu spędza się na dole w szczelinach, co jest przyjemną odskocznią od palącego słońca. Małe Tsingy leży w samej Bekopace. Niektórzy mówią, że jest rozczarowujące. Taka mierna kopia Dużego Tsingy. Ja uważam, że jest równie piękne i zupełnie inne. Przejście “małego” zajmuje ok. 3 godzin spacerowym krokiem. Co zrobić z resztą dnia? Można na przykład wynająć tradycyjną pirogę i udać się w górę rzeki Manambolo do jaskiń, w których w porze deszczowej gniazdują krokodyle. W trakcie wyprawy zaobserwować można wiele gatunków ptaków wodnych – i nie tylko. Przy jednym z meandrów znajdują się groby przodków malgaszy, którzy przybyli na wyspę z odległego Borneo. Jedno jest pewne – żadnego z tych miejsc nie należy przeoczyć podczas własnej wyprawy na rdzawą wyspę.

Kto rano wstaje, ten widzi mgłę
Trerony malgaskie (Treron australis)
Pustułka malgaska (Falco newtoni)
Narcis twierdził, że to wanga błękitna (Cyanolanius madagascarinus), , ale po researchu w domu nie jestem o tym przekonana
Motyl gatunku Salamis anteva
Rzadka czapla maskowa (Ardea humbloti)
Ćma gatunku Cyligramma duplex
I na koniec ja - dogorywająca w pirodze. Zaraziłam się tropikalną bakterią i kilka dni zwijałam się w gorączce z bólu i skrętów jelit. W Tanankoay dostałam leki z opiatami, po których miało mi przejść, ale jedynie mnie spowolniło i uśpiło na dłuższy czas.
Dopiero w Kirindy spotkaliśmy anglojęzycznego przewodnika, który nakazał zażyć antybiotyk. Stwierdził, że nawet tubylcy się tym zarażają i umierają z powodu infekcji, a co dopiero "vazah" (biali ludzie). Ania z Danielem załatwili mi leki w aptece w Morondavie. Antybiotyki moża kupić od tak, bez recepty. Spożywanie tych lekarstw jest wysoce emocjonujące, ponieważ sprzedawane są bez opakowania. Tak naprawdę trzeba zaufać sprzedawcom (z blaszanych bud), że środek nie wyrządzi większej krzywdy. Moje problemy zdrowotne uziemiły nas na kilka dni, aż doszłam do siebie, przez co straciliśmy cenny czas. Jedliśmy i robiliśmy to samo, więc tym bardziej zastanawiające było, dlaczego złapało akurat mnie? Ania z Danielem obawiali się, że ich też dopadnie z opóźnieniem, a wtedy wszyscy byśmy chyba umarli, bo dosłownie nie mogłam się ruszać i nie wiem, kto poszedłby po leki. Długo jednak nie trzeba było myśleć - jako jedyna pchałam się do wszystkich bezpańskich zwierząt. W drodze do Tsingy spotkaliśmy kulawego psa, który miał wiele blizn - pamiątek przyjaźni z człowiekiem. Był potwornie wychudzony i zapchlony, ale zanim to zauważyłam, zdążyłam go już porządnie "wyczochrać". Ku przestrodze - obcowanie z bezpańskimi zwierzętami, zwłaszcza w krajach Trzeciego Świata, nie jest rozsądne. Ja po czasie z uśmiechem mogę jedynie przyznać, że miałam jelitówko-żołądkówkę tysiąclecia, której odchorowania nikomu nie życzę!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *